Ślub bez pana młodego

Marysia stała przed lustrem w śnieżnobiałej sukni, nie mogąc pogodzić się z absurdalną sytuacją. Suknia leżała jak ulana mama przez trzy tygodnie dopinała każdą zakładkę, każdy koralik. Teraz to cudo wisiało na niej niczym całun.

Marysiu, gotowaś? zajrzała do pokoju ciocia Hania, przyjaciółka mamy. Goście się zbierają, karoca już czeka.

Gotowa skłamała Marysia, prostując welon. Ciociu, może jednak odwołamy? Tak jakoś… nie tak miało być.

Ależ co ty wygadujesz, dzieciaku! załamała ręce kobieta. Twoja mama tyle zachodu miała, tyle złotych włożyła! Goście przyjechali, stół zastawiony. A ten twój Krzyś… pokręciła głową ciocia Hania. Sam sobie winien! Nie trzeba było w ostatniej chwili uciekać!

Mama weszła z zaczerwienionymi od płaczu oczami, ale z twardą miną.

I już, Marysiu! Dość mazgajstwa! powiedziała stanowczo. Nie pozwolę, żeby ten dureń popsuł nam święto. Wesele będzie, i niech cały Wrocław widzi, jaką mam piękną córkę!

Mamo, ale to komiczne! Wesele bez pana młodego! Co ludzie powiedzą?

A co mają powiedzieć? mama podeszła, poprawiła Marysi kolczyki. Powiedzą, że Weronika Pawłowska to kobieta z jajem! Że nie bęcwała w domu, tylko pokazała światu, że jej córka zasługuje na lepszego faceta! Oto, co powiedzą!

Marysia westchnęła. Mama była w swoim stylu jak coś postanowiła, nie było odwołania. Postanowiła to wczoraj wieczorem, gdy Krzysiek zadzwonił oznajmiając, że nie jest gotowy „do pary”.

Mamo, wyobraź sobie ten wstyd! próbowała jeszcze Marysia.

Wstyd to czekać życie na faceta, który nie wart złamanego grosza! My mu pokażemy, że bez niego damy radę! mama odwróciła się do drzwi. Koniec gadania. Ruszamy!

W sali czekało już ze czterdzieści osób. Familia, sąsiedzi, koleżanki mamy z biura. Wszyscy szeptali, rzucając współczujące spojrzenia. Marysia czuła się jak w teatrze absurdu.

Ojej, Marysiu, jakaż ty śliczna! podbiegła kuzynka Hela. A gdzie… no wiesz… jak leci?

Ano jak widać odparła Marysia sucho.

Mama weszła na małe podium, gdzie zwykle stała kapela, i zastukała łyżeczką o kieliszek.

Kochani! zaczęła. Dziś wyjątkowy dzień. Moja córka Marysia wychodzi za mąż… za nowe życie! Za wolność od nieudaczników! Za prawo do własnego szczęścia!

W sali zapadła cisza. Ktoś zakrztusił się niepewnie.

Weronika, co ty, oszalałaś? wyszeptała ciotka Nina.

Przeciwnie, pierwszy raz do rozumu przyszłam! odparła mama. Marysiu, chodź tu!

Marysia niechętnie podeszła. Mama objęła ją za ramiona.

Oto moja królewna! To rozumna, dobra dziewczyna ze złotymi rękami! A tamten… Krzysiek, to był dla niej za mały kaliber! Niech wszyscy wiedzą my nie płaczemy, my świętujemy!

Mamo, przestań syknęła Marysia.

Nie przestanę! mama uniosła kieliszek. Za moją córkę! Za to, że przed czasem zrozumiała, z kim wiązania nie warto!

Goście niepewnie podnieśli kieliszki. Ktoś burknął: „Za Marysię”, ktoś inny tylko cicho sąknął.

A teraz za stoły! ogłosiła mama. Czas na uciechę!

Marysia usiadła na czele stołu. Obok stał pusty fotel przystrojony wstążkami miejsce pana młodego. Widok był jak z tragikomedii.

Słuchaj, może ten fotel schowamy? zaproponowała ciocia Hania.

Ani mowy! odcięła mama. Niech wszyscy widzą, kogo tu brakuje! Niech się uczą na błędach!

Roznoszono sałatki. Goście jedli w milczeniu, rzucając od czasu do czasu niewinne frazesy. Atmosfera była napięta jak struna w kontrabasie.

No co wy takie markotne? wstała mama. Marysiu, opowiedz, o coście się z Krzysiem pokłócili!

Mamo, nie! jęknęła córka.

Potrzebne! obstawiła Weronika Pawłowska. Niech prawda wyjdzie na jaw!

Marysia spojrzała na pełną salę, na ciekawe i współczujące miny, i nagle coś w niej pękło.

No dobrze powiedziała, podnosząc się. Opowiem. Krzysiek wczoraj zadzwonił i się rozmyślił. Powiedział, że nie chce mu się niańczyć kogoś, że jeszcze musi „żyć dla siebie”. A chodziliśmy razem trzy lata! Trzy lata czekałam na oświadczyny, snułam plany, marzyłam o dzieciach!

W sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

I wiecie co? ciągnęła Marysia, czując jak złość dodaje jej skrzydeł. Mama ma rację! Dość czekania, aż ojcowie naszych dzieci zechcą nas uszczęśliwić! Ja swoim szczęściem sama pokieruję! Bez
Marzena uśmiechnęła się do swojego odbicia, zdając sobie sprawę, że ta szczególna suknia ślubna, którą właśnie zdejmowała, nie była symbolem utraconych marzeń, lecz białą zbroją, w której po raz pierwszy poczuła się jak prawdziwy królewski paw dumna, niezależna i gotowa na swoje nowe, całkiem samodzielne życie, *wszak sami swoimi wąsami*.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − trzy =

Ślub bez pana młodego