Zdecydowałem się na miłość z nieznajomą – bogaty singiel wybiera dziewczynę z bliznami.

Marek Kowalski uwielbiał swój balkon. Zwłaszcza w piątkowe poranki, gdy miasto pod nim dopiero budziło się do życia, a on – wolny i spełniony kierownik w banku – mógł cieszyć się zapowiedzią weekendu. Powietrze pachniało ozonem po nocnej ulewie i kwitnącymi lipami. Marek pociągnął łyk letniej kawy i spojrzał na starannie ułożone w kącie wędkarskie akcesoria. Nowy spinning, lśniący kołowrotek, pudełko z kolorowymi woblerami – jego duma.

W kieszeni zadźwięczał telefon. Mama.
„Cześć, mamo” – odpowiedział, uśmiechając się.
„Mareczku, wpadniesz dziś? Napiekłam pierożków z kapustą, twoich ulubionych.”
„Oczywiście. Tylko na chwilę, jedziemy z chłopakami nad jezioro.”
„Znowu twoje wędkowanie?” – w głosie Heleny przebijała czułość i lekkie zniecierpliwienie. „Trzydzieści dwa lata, synku. Czas byś kogoś poznał.”
„Mamo, ile razy mamy to powtarzać? Jak tylko znajdę tę jedną, to zaraz. Całuję, do zobaczenia.”

Odłożył słuchawkę i westchnął. To „wędkowanie” było świętą tradycją. Dom Krzysztofa nad jeziorem, kiełbaski z grilla, sauna i długie rozmowy przy ognisku. Krzysztof i Tomek, jego najbliżsi przyjaciele od studiów, dawno byli żonaci. Krzysiek wychowywał córeczkę, Tomek wkrótce miał zostać ojcem. I za każdym razem ich „męskie” wyjazdy zaczynały się tak samo.

„No i co, ostatni wolny strzelec twierdzy małżeństwa?” – zażartował Tomek, gdy pakowali torby do bagażnika SUV-a Marka.
„Nasz orzeł zaciekle broni się przed niewolą” – roześmiał się Krzysztof, klepiąc go po ramieniu. „Odpędza wszystkie panny.”

Marek tylko się uśmiechnął. Nie odpędzał. Czekał.
„Ożenię się, chłopaki, ale tylko z wielkiej miłości” – powiedział poważnie, gdy wyjeżdżali z miasta. „Tak, żeby od razu wiedzieć – to ona. Żeby czuć, że jesteśmy jednością.”
„Oj, Marek, marzyciel z ciebie” – pokiwał głową Tomek z tylnego siedzenia. „Tak się nie dzieje. To tylko w romansach dla kobiet. Wróżek nie ma.”
„A ja wierzę, że są” – uparł się Marek, patrząc na uciekającą w dal drogę.

***

Późnym wieczorem, po saunie i pierwszej porcji grillowanych kiełbasek, spór wybuchł na nowo. Miejscowe dziewczyny, przechodzące obok ich posesji, zerkały w stronę trójki przystojnych miejskich facetów.
„A może sprawdzimy twoją teorię w praktyce?” – podchwycił Krzysztof. „Gramy w patrzenie. Kto pierwszy mrugnie lub odwróci wzrok od mijającej nas dziewczyny – przegrywa.”
„Co dostanie przegrany?” – Marek złapał bakcyla.
„Przegrany” – Tomek zatarł ręce – „jedzie na szosę i oświadcza się pierwszej napotkanej handlarce. Tak, od razu.”

Marek był pewny siebie. Ale może piwo uderzyło mu do głowy, może słońce – przegrał. Gdy obok przeszła wysoka blondynka, niechcący się uśmiechnął i spojrzał w bok. Przyjaciele wyli z radości.

Słowo się rzekło. Po pół godzinie jechali wzdłuż szosy. Serce Marka waliło ze wstydu i głupiej adrenaliny. Kilka kilometrów od domku znaleźli samotną postać przy stoliku z bukietami ziół i słoikami przetworów. Niewysoka kobieta w prostej bawełnianej sukience i chuście tak nisko zawiązanej, że ledwie widać było twarz.

„No, paniczu, twój ruch!” – popchnęli go przyjaciele.

Marek wysiadł i podszedł. Kobieta podniosła na niego oczy – przestraszone, ale jasne, niesamowicie błękitne. Zobaczył, że jej dłonie, układające słoiki, były pokryte strasznymi bliznami po oparzeniach. Gdy się przywitał, nie odpowiedziała, tylko wyjęła z kieszeni fartucha notes i ołówek.

„*Czego pan chce?*” – napisała starannym pismem.

Marek stracił wątek. Cała przygotowana żartobliwa przemowa wyleciała mu z głowy. Patrzył na tę drobną, milczącą postać i czuł się jak ostatni dureń.

„Przepraszam za idiotyczne pytanie” – zaczął, starając się mówić jak najłagodniej. „Założyliśmy się z kolegami… No i przegrałem. Teraz muszę… muszę pani oświadczyć się.”

Spodziewał się wszystkiego: gniewu, łez, pogardy. Ale kobieta tylko na moment zastygła, po czym wolno skinęła głową. Marek nie wierzył własnym oczom. Wzięła notes i napisała: „*Zgadzam się*”. Potem podała mu kartkę z adresem.

Następnego dnia, gnany wyrzutami sumienia, pojechał pod wskazany adres. Znalazł schludny domek z pelargoniami w oknach i pysznymi różami wzdłuż płotu. Na ławce przy furtce siedziała starsza kobieta o surowej, bystrej twarzy. Odłożyła druty i zmierzyła Marka przenikliwym spojrzeniem.

„Do Wioli?” – spytała bez wstępu.
„Tak. Jestem Marek.”
„Jadwiga, jej babcia. Z jakimi zamiarami, młody człowiek? Wczoraj wróciła jakaś nieswoja.”

Markowi zrobiło się jeszcze głupiej. Usiadł i próbował wytłumaczyć.
„Zachowałem się jak idiota. Założyliśmy się…”

Jadwiga ciężko westchnęła.
„Eh, wy, miejscy… Dla was wszystko zabawa. A ona ma życie nie do pozazdroszczenia. Widziałeś jej ręce? To po pożarze. Rodzice wtedy zginęli. Ja ją z płomieni wyciągnęłam. Twarz też ma poparzoną… i głos straciła. Od szoku. Od tamtej pory nie mówi, tylko pisze.”

W tej chwili zza furtki wyszła Wiola. Zobaczyła Marka i przycisnęła do piersi swój notes.
„Przyjechałem się wytłumaczyć” – powiedział Marek, patrząc jej w oczy. „I… jeśli nie zmieniła pani zdania, to jestem gotów. To będzie tylko formalność. Podpiszemy papiery, przez jakiś czas pobędziemy razem, potem rozwód. Pomogę finansowo, jak tylko będę mógł.”

Mówił i sam nie rozumiał, dlaczego to robi. Coś w tej dziewczynie, w jej cichej sile i bezbronności, poruszyło go głęboko.

Wiola szybko coś napisała i pokazała babci. Ta długo czytała, spojrzała na wnuczkę, potem na Marka, i niespodziewanie rzekła:
„No có”Marek objął Wiolę mocno, czując, jak jej łzy wilgotnią mu koszulę, a w sercu zrozumiał, że już nigdy nie będzie sam.”

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 + 20 =

Zdecydowałem się na miłość z nieznajomą – bogaty singiel wybiera dziewczynę z bliznami.