Czarująca Przygoda

STARA JADWIGA.

Stara Jadwiga ocierała łzy, spływające po jej bladych, pooranych zmarszczkami policzkach. Machała rękami, bełkocąc niewyraźnie, jak niemowlę. Mężczyźni drapali się po głowach, a otaczające ją kobiety daremnie próbowały zrozumieć staruszkę.

Od samego świtu, oszalała z rozpaczy, biegała po wsi, waliła w okna i płakała. Od zawsze była niema i, jak się zdawało, nie do końca przy zdrowych zmysłach. Dlatego miejscowi trzymali się od niej z daleka, choć nigdy jej nie krzywdzili. Nie wiedząc, co się stało, posłali po Stanisława – pijaka i dowcipnisia, jedynego, który bywał w jej domu i pomagał w gospodarstwie. Za obiad i flaszkę bimbru.

W końcu się zjawił. Zmęczony, jeszcze nie wytrzeźwiony po nocnej libacji, przecisnął się przez tłum otaczający Jadwigę. Staruszka rzuciła się ku niemu, bełkocząc i łkając, rozpaczliwie wymachując rękami. Tylko on potrafił ją zrozumieć. A gdy skończyła, Stanisław spochmurniał. Zdjął czapkę i spojrzał na zebranych.

— No, mów już! — rozległo się z tłumu.

— Zosia zniknęła! — oznajmił, mając na myśli siedmioletnią wnuczkę Jadwigi.

— Jak to zniknęła? Kiedy? — zawołały kobiety.

— Mówi, że matka zabrała ją tej nocy! — wybełkotał przestraszony mężczyzna.

W tłumie rozległ się pomruk. Kobiety przeżegnały się, mężczyźni nerwowo zapalili papierosy.

— Jak to możliwe, żeby nieboszczka dziecko porwała? — spytał jeden z nich, nie wierząc własnym uszom.

Wszyscy we wsi wiedzieli, że trzy miesiące temu matka dziewczynki, Kasia, utonęła w bagnie. Tak jak i babcia, była niema od urodzenia. Poszła z innymi kobietami zbierać jagody na mokradła i tam spotkała ją tragedia. Jak do tego doszło? Nikt nie wiedział. Zgubiła się, wpadła w trzęsawisko, a krzyczeć o pomoc nie mogła. Tylko jęczała. I kto by ją usłyszał? Tak została Zosia sierotą, ciężkim brzemieniem dla starej Jadwigi. Gdyby był ojciec… ale nie było z kim nawet rozmówić. Nieboszczka za życia strzegła tajemnicy pochodzenia dziecka i zabrała ją do grobu. Imienia ojca nawet własnej matce nie wyjawiła. Ludzie szeptali: czy to nie Staś przypadkiem? No bo co? Młody, kawaler. Często w domu bywał.

Ale ten tylko się wypierał. Nic podobnego, mówił!

Jadwiga znów wybuchnęła płaczem i zaczęła machać rękami.

— Co mówi? — szeptały ciekawskie baby. — No, Stanisław?

— Opowiada, jak co noc przychodziła do chaty nieboszczka. Jadwiga świece paliła, krzyże nad drzwiami i oknami wypalała. Chroniła siebie i wnuczkę przed złą mocą. A Kasia nie dawała za wygraną, tłukła w progi, zaglądała w okna. I cichutko swoją córeczkę wołała. I tej nocy długo stała pod oknem. W blasku księżyca blada, oczy martwe, a usta szeptały, wabiąc Zosię.

Staruszka gniewała się, odpędzała dziewczynkę od okna. Ale kiedy tylko się odwróciła, ta w mig odsuwała firankę. I czy to majak, czy Jadwiga nie zauważyła, jak w środku nocy zdrzemnęła się i straciła czujność. Porwała nieboszczka Zosię, oszukała, zwiodła niewinne dziecko! — Stanisław otarł rękawem pot z czoła i dodał: — Trzeba szukać!

Mężczyźni zgrzytnęli zębami i rozeszli się po domach. Jedni po broń, drudzy po psy.

Nawet Stanisław, nie myśląc o kacu, ruszył szybko do domu, by przygotować się na poszukiwania.

Wkrótce podzielili się na grupy. Najpierw przeszukali podwórka, potem cmentarz. Bez skutku. Teraz zostawał las, a potem te przeklęte bagna, gdzie spoczęła Kasia. Zapalili papierosy i ruszyli w drogę.

Już na skraju lasu znaleźli ślady bosych stóp dziecka. Psy zawarczały i pognały w głąb puszczy. Długo błądziły na oślep, wyczerpując swoich panów. Jakby ktoś je wodził za nos, celowo sprowadzając z drogi.

Pierwsze zmierzchy spływały na korony drzew, kiedy myśliwskie psy, ciężko dysząc i skomląc żałośnie, padły z wyczerpania na ziemię. A wraz z nimi ich właściciele. Młodsi i wytrzymalsi kontynuowali przeszukiwanie bagien.

Z każdą minutą nadzieja gasła.

Stanisław stąpał ostrożnie, bojąc się wpaść w trzęsawisko. Tak się zamyślił, że nawet nie zauważył, jak odłączył się od reszty. Ale bagna znał dobrze, więc szedł dalej.

— Gdzie ty jesteś, Zosiu? — zachrypiał, wpatrując się w mokradła.

Kilkaset metrów dalej rozległ się przenikliwy krzyk. Ogromny czarny kruk, usadowiony na gałęzi sosny, błyszczał ślepiami i obserwował intruza.

— Kra! Kra! — znów rozległ się złowrogi głos ptaka.

Serce mężczyzny zabiło mocniej. Coś w tym krzyku przykuło jego uwagę. Przyspieszył kroku i ruszył w stronę wysokiej sosny.

Na miękkim mchu, u korzeni drzewa, skulona w kłębek, leżała dziewczynka.

— Zosiu! — szepnął Stanisław, bojąc się ją przestraszyć.

Dziewczynka otworzyła oczy i spojrzała na niego uważnie.

— Żyjesz! — ucieszył się.

Zdjął koszulę i otulił nią dziecko.

— Jak się tu znalazłaś? — zachrypiał, nie ocz— Mama mnie przyprowadziła — odpowiedziała niespodziewanie, a w jego sercu zbudziła się nadzieja, że las i jego tajemnice w końcu odsłonią przed nim prawdę, której tak długo szukał.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 1 =

Czarująca Przygoda