OCHRONIONI MIŁOŚCIĄ
Spotkanie Kaliny i Dominika było zapisane w gwiazdach.
Dominik swojego ojca nigdy nie widział na oczy. Wychowała go mama i babcia. Gdy mały Dominik pytał o tatę, mama mruczała coś niewyraźnego, że ojciec jest geologiem, wciąż na wyprawach w poszukiwaniu cennych minerałów. Aż pewnego dnia, zirytowana, krzyknęła: — Nigdy nie miałeś ojca, Dominiczku!
Jako dzieciak Dominik brał te wyjaśnienia za dobrą monetę – w końcu mama nie kłamie. Ale gdy podrósł, postanowił rozpracować tę zagadkę. W końcu nie z Ducha Świętego się urodził! Okazało się, że jego mama w młodości wyjechała w delegację i wróciła… z Dominikiem w brzuchu. Taką wersję zdradziła mu babcia. Po cichu.
Dominik był zachwycony rozwiązaniem tej rodzinnej tajemnicy. Dzięki Bogu nie znaleźli go w kapuście. Postanowił, że przy pierwszej okazji spotka się z ojcem, czy ten będzie chciał, czy nie. — Przecież jestem jego synem, a nie przypadkowy przechodzień! — myślał. Oprócz tego obiecał sobie: — Będę miał prawdziwą rodzinę. Żonę, dzieci. Jedną żonę i całą gromadkę dzieci.
…Kalina też nie zaznała ojcowskiej miłości. Jej mama rozwiodła się, gdy dziewczynka miała niecałe dwa lata. Tata został zastąpiony przez ojczyma. Człowiek niby dobry, ale jednak… Ciągle stawiał Kalinie za przykład swoje dzieci z pierwszego małżeństwa. To ją wkurzało. W efekcie mogła liczyć tylko na miłość matki.
Gdy dorosła, postanowiła: — Jak już wyjdę za mąż, to tylko raz i na zawsze! Oby znalazł się taki facet.
I znalazł.
…Był wigilijny wieczór. Styczeń, mróz, śnieg. Księgarnia. Dominik i Kalina stoją w kolejce do kasy. Oboje trzymają w rękach tomiki Adama Mickiewicza. Ich spojrzenia przypadkiem się spotykają. I Dominik rusza do ataku. Zasypuje Kalinę komplementami, pytaniami (taktownymi i kulturalnymi). Nie mógł tak po prostu pozwolić jej odejść. Muszą być małżeństwem! Koniecznie! To ta dziewczyna.
A Kalina nawet nie próbowała się wykręcać. Czuła się z tym rozgadanym chłopakiem tak, jakby znali się od wieków.
No, ale Kalina była z porządnej rodziny, a nie wypada dziewczynie zawierać znajomości byle gdzie i byle z kim. Dominik docenił jej skromność i zaproponował wymianę numerów telefonów. Kalina zapisała jego numer, ale swojego nie podała. — Zadzwonię po świętach — obiecała tajemniczo.
Dominik nie mógł pozwolić, by taki prezent z nieba mu uciekł. Pożegnali się, ale on ukradkiem podszedł za nią i sprawdził, gdzie mieszka.
Całe święta zimowe Dominik chodził jak w oblachach. W końcu znalazł swoją „żonę z lasu” i będzie ją kochał po wsze czasy.
Ale święta minęły, a „żona z lasu” nie dzwoniła. Dominik zaczął działać. Włożył swój tomik Mickiewicza do skrzynki pocztowej Kaliny. Czyżby nie domyśliła się, od kogo? Dziewczyna zadzwoniła jeszcze tego samego wieczora z pretensjami:
— Cześć, Dominik! Dlaczego nie dzwoniłeś? Czekałam!
— Kalinko, nie mam twojego numeru. Dałbym ci znać dawno temu. Pamiętasz, w księgarni pewnie bałaś się go podać? — Dominik promieniał.
— Ale przecież jakoś mnie znalazłeś! — nie dawała za wygraną Kalina.
„Kobieca logika” — pomyślał Dominik. Był wniebowzięty, że w końcu wszystko się wyjaśniło. Kalina wcale nie była mu obojętna!
Nie zwlekając, Dominik i Kalina wzięli ślub. A jakże inaczej? Mieli tyle wspólnego: po pierwsze, nieskazitelną miłość, po drugie, marzenie o całej gromadce dzieci, po trzecie, uwielbienie dla twórczości Mickiewicza. Czy to mało?
Na tak solidnych fundamentach postanowili budować swoje małżeństwo.
Kalina uczyła studentów języka polskiego na uniwersytecie, Dominik był świetnym programistą.
W odpowiednim czasie na świat przyszła Ania. Dwa lata później — Szymon. Wszystko szło jak z płatka.
Dominik jednak nie porzucił myśli o odnalezieniu ojca. Pomógł internet. Wśród dziesiątek osób o tym samym nazwisku znalazł się jednak ktoś bliski. Napisali do siebie. Tata mieszkał w Warszawie. Zaprosił Dominika w gości.
Spotkanie było wzruszające. Ojciec miał własną rodzinę, ale przez te wszystkie lata pamiętał o Dominiku.
— Super, synu, że mnie odnalazłeś. Teraz będziemy w kontakcie — przytulił go.
Dominik z dumą wymienił wszystkich członków swojej rodziny. — Popatrz, tato, już jesteś dwukrotnym dziadkiem. I to nie koniec…
Ojciec Dominika był profesorem medycyny.
Do domu Dominik wrócił jak na skrzydłach. Tata bardzo mu się spodobał — ciepły, szczery człowiek.
Oczywiście obowiązki rodzinne nie pozwalały Dominikowi często spotykać się z ojcem. W końcu kontakt się urwał.
Ania i Szymon podrośli. Kalina postanowiła obronić doktorat. W końcu jej babcia i mama były doktorami filozofii. Nie chciała być gorsza.
Temat doktoratu wybrała nieprzypadkowo — o Mickiewiczu. Mama dwójki dzieci sumiennie zbierała materiały, studiowała źródła.
Dominik wspierał żonę, pomagał w domu, jak tylko mógł. Trzy lata minęły na przygotowaniach do obrony. W tym czasie Ania i Szymon doczekali się siostrzyczki — Marysi.
Z obroną trzeba było poczekać.
Gdy Marysia poszła do przedszkola, Kalina wróciła do naukowych badań. Już, już wydawało się, że doktorat jest w zasięgu ręki…
Aż nagle Dominik zachorował. Medycyna nie znała takiego przypadku — coś bardzo groźnego. Lekarze rozkładali ręce. Dominik gasł w oczach. Leczenie nie przyniosło efektów. Kalinie delikatnie zasugerowano, że szanse na przeżycie są bliskie zeru. A Dominik miał zaledwie czterdzieści lat!
Tego, co przeżywała wtedy Kalina, nie da się opisać. Dominik, świadomy swojego stanu, prosił ją o wybaczenie, że nie będzie mógł pomóc jej wychować trójki dzieci…
Kalina po kryjomu oblewała się łzami. A do tego wiedziała, że nosi pod sercem kolejne dziecko. Nie powiedziała Dominikowi, by nie pogarszać jego stanu.
W głębi duszy nie wierzyła, że jej szczęście może się tak po prostu skończyć. Czym zasłużyli na gniew Boga?
— Dominik, musisz wyzdrowieć! Nie zostawisz mnie samej z dziećmi! ChcęKalina nie poddała się, wierzyła w cud, i gdy Dominik wstał o własnych siłach, uśmiechnęła się przez łzy, wiedząc, że ich miłość pokonała nawet największą chorobę.



