Pierwsza w kolejce

Barbara Stanisławowa obudziła się o piątej rano, jak zwykle. Nawyk z czterdziestu lat pracy w fabryce nie zniknął, mimo że była już na emerytury od trzech lat. Cicho, by nie obudzić męża Kazimierza, przeszła do kuchni i nastawiła czajnik. Za oknem jeszcze ciemno, ale wiedziała, że wkrótce wzejdzie słońce.

Dzisiaj był wyjątkowy dzień. Pierwszy września, a jej wnuczka Zosia idzie do pierwszej klasy. Barbara denerwowała się bardziej niż sama dziewczynka. Cały tydzień przeglądała szkolną wyprawkę, sprawdzała tornister, liczyła zeszyty. Kazimierz tylko kręcił głową i mówił, że oszalała.

— Co ty się tak krzątasz jak oparzona? — mruczał. — Nasz Krzysiek sam chodził do szkoły i jakoś przeżył.

— A ja chcę być pierwsza — odpowiadała Barbara. — Pierwsza ją przywitać przed szkołą, pierwsza pogratulować.

Kazimierz nie rozumiał tych emocji. Uważał, że babcie tylko przeszkadzają w takich sprawach. Ale Barbara myślała inaczej. Pamiętała, jak trzydzieści lat temu odprowadzała swojego Krzysztofa do pierwszej klasy. Wtedy pracowała na dwie zmiany, wracając do domu późnym wieczorem. Na uroczystość poszła babcia Krzysia, jej własna matka. A Barbara stała pod bramą fabryki i płakała z żalu.

— Nie płacz — powiedziała wtedy sąsiadka Danuta. — Jak twój syn podrośnie, wnuki będzie miał, to sobie nadrobisz.

I teraz nadrabiała.

Herbata zaparzyła się mocna i aromatyczna. Barbara nalała ją do ulubionego kubka w róże i usiadła przy stole. Na parapecie stały trzy bukiety – jeden kupiła wczoraj na targu, drugi zebrała w ogródku, a trzeci przyniósł wieczorem Kazimierz. Wstydził się, mówił, że to bzdura, ale jednak przyniósł.

— Trzy bukiety to za dużo — powiedziała.

— A jeśli nauczycielka nie będzie sama? — wzruszył ramionami Kazimierz. — Różnie bywa.

O siódmej Barbara stała już pod prysznicem. Założyła najlepszą sukienkę, tę w niebieskie groszki, którą trzymała na specjalne okazje. Ufarbowała włosy, nałożyła szminkę. W lustrze patrzyła na nią elegancka kobieta z rozbłyszczonymi oczami.

— Co, na randkę się wybierasz? — obudził się Kazimierz.

— Chcę być ładna dla wnuczki — odparła.

— I tak jesteś — burknął w poduszkę.

O wpół do ósmej zadzwonił Krzysztof.

— Mamo, już wyjeżdżamy. Zosia się denerwuje, całą noc źle spała.

— A ja w ogóle nie spałam — przyznała Barbara. — Idę pod szkołę, będę czekać.

— Mamo, apel dopiero o dziewiątej.

— Wiem. Ale chcę być pierwsza.

Krzysztof westchnął. Dawno przywykł do dziwactw matki. Od kiedy urodziła się Zosia, Barbara odmłodniała o dziesięć lat. Biegała z wnuczką do przedszkola, na huśtawki, kupowała zabawki. Krzysztof z żoną tylko się dziwili.

— No dobrze, mamo. Tylko nie przezięb się, na dworze chłodno.

Barbara wzięła bukiety, wrzuciła do torebki cukierki dla Zosi i wyszła. Do szkoły było z piętnaście minut, ale się nie spieszyła. Chciała nacieszyć się porankiem, oczekiwaniem na spotkanie.

Przed szkołą już stała kobieta z kwiatami. Barbara się zasmuciła – nie była więc pierwsza. Podeszła bliżej i poznała Jadwigę z trzeciego piętra.

— Też na apel? — zapytała.

— Wnuczek idzie do pierwszej klasy — potwierdziła Jadwiga. — A pani?

— Wnuczka. Zosia.

Stanęły obok siebie, rozmawiając o dzieciach, szkole, o tym, jak czas szybko leci. Jadwiga okazała się miłą rozmówczynią. Pracowała w przychodni jako pielęgniarka, niedawno przeszła na emeryturę.

— Wie pani — wyznała — zawsze marzyłam, żeby odprowadzić wnuka do szkoły. Mam tylko córkę, która późno wyszła za mąż. Myślałam, że nie doczekam wnuków.

— A u mnie na odwrót — odparła Barbara. — Nie mogłam iść z synem, bo pracowałam. Teraz chcę to nadrobić.

Powoli pod szkołą zbierało się więcej dziadków. Wszyscy odświętni, podekscytowani, z kwiatami. Barbara patrzyła na nich i myślała, że każdy ma swoją historię, swój powód, by tu być.

Przyszła Stefania z sąsiedniego bloku. Wychowywała wnuczkę sama, po tym jak córka zginęła w wypadku. Dziewczynka, Hania, była cicha i nieśmiała. Stefania bała się, że w szkole będzie jej ciężko.

— Hania jak? — spytała Barbara.

— Stresuje się. Boi się, że dzieci będą się śmiać z jej sukienki. A sukienka ładna, sama w kółko szyłam — Stefania się zasępiła.

— Dzieci nie są złe, nie będą się śmiać — pocieszyła Jadwiga. — Ważne, żeby Hania uwierzyła w siebie.

Podszedł dziadek z ogromnym bukietem mieczyków. Barbara go nie znała, ale przedstawił się – Tadeusz. Wnuczkę z żoną adoptowali z domu dziecka.

— Marysia u nas mądra — mówił z dumą. — Już czyta, liczy do stu. Tylko bardzo nieśmiała.

— Nic to, w szkole się otworzy — powiedziała Barbara. — Dzieci szybko się zaprzyjaźniają.

O wpół do dziewiątej zaczęli przyjeżdżać rodzice z pierwszakami. Barbara zobaczyła Krzysztofa z żoną i Zosię. Dziewczynka miała białą bluzkę, granatową spódniczkę i kokardy. Niosła nowy tornister z obrazkiem.

— Babciu! — krzyknęła Zosia i podbiegła do Barbary.

— Moja ślicznotka! — przytuliła ją babcia. — Jak się czujesz? Denerwujesz się?

— Troszkę. A ty po co tak wcześnie przyszłaś?

— Chciałam pierwsza cię przywitać — uśmiechnęła się Barbara.

Zosia przytuliła się mocno. Zawsze była bliżej babci niż rodziców. Barbara rozpieszczała wnuczkę, czytała bajki, uczyła piec pierniki. Rodzice ciągle byli zajęci pracą.

— Mamo, dzięki, że przyszłaś — powiedział Krzysztof. — Zosia się strasznie bała, a teraz się uspokoiła.

Synowa Ewa też była wdzięczna. Pracowała w banku, często zostawała po godzinach, a Barbara pomagała z Zosią.

— Babciu, zobacz, jaki mam tornister! — pokazała Zosia.

— Piękny! A co w środku?

— Zeszyty, długopisy, kredki. I jeszcze mamaBarbara uśmiechnęła się, patrząc, jak Zosia z radością opowiada o pierwszym dniu szkoły, i pomyślała, że takie chwile są najważniejsze w życiu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + czternaście =

Pierwsza w kolejce