Ukryte Szczęście

DZIENNIK: MOJE WNUCZĘ Z PROBÓWKI

„Mamo, został nam tylko jeden sposób, żeby mieć dziecko – IVF. Z Bartkiem już wszystko ustaliliśmy. Nie próbuj mnie odwieść od tego pomysłu. Przyzwyczaj się do tej myśli” – to słowa mojej córki, Weroniki, wypowiedziane jednym tchem.

„IVF? Czyli będę miała wnuczka czy wnuka »z probówki«?” – nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam od swojego dziecka.

„Mamo, nazywaj to, jak chcesz. Jutro zaczynamy procedurę. Wszystkie badania mamy za sobą. Lekarze ostrzegli – czeka nas długa i niepewna droga. Nic nie jest gwarantowane. Proszę, bądź przy mnie” – Weronika westchnęła ciężko.

Nie znalazłam słów odpowiedzi. Powinnam ją przecież wesprzeć, dodać otuchy, pomóc, albo przynajmniej nie przeszkadzać. Rozmawiałyśmy przez telefon. Rozumiem, że Weronice było trudno mówić o tym w cztery oczy – temat przecież drażliwy.

Jej pierwszy mąż, Kamil, był przyjacielem z dzieciństwa. Miłość wydawała się idealna… aż do dnia ślubu. W kawiarni, po kilku głębszych, Kamil wdał się w namiętny uścisk ze świadkową. Weronika znalazła ich w »romantycznej« scenerii – zapylonej spiżarni.

Kamil, widząc narzeczoną, bełkotał wymówki, a świadkowa, chwytając swoje rzeczy i owijając się cienkim szalem, uciekła z miejsca zbrodni. Tego dnia już się nie pokazała.

Weronika natychmiast wniosła o rozwód. Ja i mój mąż prosiliśmy, by nie podejmowała pochopnych decyzji:

„Weruś, nie spiesz się. Po pijanemu człowiek może zrobić głupstwa. Może to ona go do tej spiżarni wciągnęła? Przecież Kamil to przystojny chłopak, pewnie skusiła się na zakazany owoc. Wybacz mu. Macie jeszcze całe życie przed sobą.”

„Nie, mamo. Nie będę żałować. Kamil mnie ukąsił, i to boleśnie. Ale nie chcę zaczynać małżeństwa od zdrad i kłamstw. Wolałabym, żeby to wyszło wcześniej, ale i tak dobrze, że w dniu ślubu – mniej cierpienia.”

Kamil próbował ją odzyskać, błagał, ale na próżno.

…Po dwóch miesiącach okazało się, że Weronika jest w ciąży. W tajemnicy przed nami usunęła dziecko. Gdybym wtedy wiedziała, przemówiłabym jej do rozumu.

Minęły lata. Do Weroniki zaczął się zalecać Bartek – przyjaciel Kamila. Od dawna kochał się w niej w ukryciu, ale wcześniej nie śmiał stanąć na drodze koledze. Weronika nie od razu się zgodziła. Po poparzeniu nie ufała już nikomu. Wahała się trzy lata. Bartek jednak nie ustępował. W końcu uwierzyła w jego uczucia:

„Bartek, twoja propozycja małżeństwa wciąż aktualna?”

„Naturalnie, Weroniko! Naprawdę się zgadzasz?” – ucałował jej dłoń.

Skinęła głową.

Ślub był huczny – goście, kwiaty, muzyka. Nie zaprosili tylko Kamila, ale przysłał wielki bukiet lilii. Weronika oddała go niezamężnej koleżance.

Miała wtedy 28 lat, Bartek – 33. Po dwóch latach małżeństwa dzieci jakoś nie było widać.

„Weronika, macie jakiś plan, czy po prostu się nie udaje?” – zapytałam ostrożnie.

„Nie udaje się, mamo. Martwię się. Bartek milczy na ten temat. Pewnie obwinia siebie. Poczekamy jeszcze rok…” – odwróciła wzrok.

„A potem co? Z domu dziecka?”

„Zobaczymy. Dziecko będzie, choćby nie wiem co.”

„Daj Boże! My z tatą już nie możemy się doczekać wnuka.”

Minęły kolejne dwa lata starań…

Aż w końcu usłyszałam o IVF. Byłam stanowczo przeciwna:

„Weroniko, mówią, że te dzieci nie mają duszy, często chorują, że nie mogą mieć potomstwa… Słowem, biologiczne roboty.”

„Mamo, ta metoda ma już 40 lat. Na całym świecie rodzą się »dzieci z probówki«, zupełnie normalne. To po prostu trudna droga. Nawet nie wiesz, ile wewnętrznej przemiany przeszliśmy z Bartkiem. I tak, przygotuj się na wnuki. Może być nawet bliźniaki!”

Zrozumiałam, że proces już się rozpoczął. Pozostało mi tylko wesprzeć, nie tracić nadziei.

…Droga do dziecka okazała się kosztowna, wyczerpująca. Weronika zaszła w ciążę dopiero za czwartym razem. Hormony wpłynęły na jej wagę i psychikę. Bartek schudł, zmęczony huśtawką nastrojów żony – płaczem bez powodu, śmiechem w nieodpowiednich chwilach.

„Mamo, boję się kichnąć, kaszlnąć. A co jeśli stracę to dziecko? Na piątą próbę nie mam już siły. Wszystko przez tamtą decyzję… Ale czy mogłam postąpić inaczej?” – ocierała łzy.

Dwukrotnie jechali nad morze, żeby złapać oddech. Weronika była na krawędzi – myślała nawet o skoku z okna. Bartek nie odstępował jej na krok.

„Jest moją skałą, łąkowym kwiatkiem, wiatrem, który mnie ochładza. Bez niego bym nie wytrzymała.”

…Po ośmiu miesiącach niepewności urodziła się nasza Zosia.

Cała rodzina była wniebowzięta. Choć matka Bartka z początku wątpiła w pokrewieństwo:

„Synu, a może to nie twoja krew? Nos ma inny, uszy odstające… Może w szpitalu pomylili?”

Gdy Zosia podrosła, stała się żywym portretem taty. Dopiero wtedy teściowa odpuściła.

Dzieci IVF nie rodzą się przypadkiem. Są wyczekiwane, kochane, chronione jak mało które.

Pewnego dnia, gdy spacerowałam z wnuczką, pielęgniarka z przychodni zawołała:

„Witajcie, mamusie! A babci »probówkowego dziecka« osobne pozdrowienie!”

Zaróżowiałam się: „Jesteś zdrowa? Jak śmiesz tak obnosić się z cudzymi sprawami!”

Po tym incydencie sąsiedzi zaczęli pałać niezdrową ciekawością. Zosia zasługuje, by w swoim czasie usłyszeć prawdę od rodziców, nie od obcych.

W końcu Weronika i Bartek sprzedali mieszkanie i wyprowadzili się.

Dziś Zosia ma pięć lat. Żywiołowa, bystra, uwielbia przewodzić w przedszkolu. Ma alergię (stosujemy dietę), problemy z wymową (logopeda) i lekką krótkowzroczność (okulista).

To drobiazgi. Najważniejsze – moja córka i zięć są rodzicami. A my z mężem nie wyobrażamy już sobie życia bez naszej śmieszki-Zosi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − 9 =

Ukryte Szczęście