Pierwsza na miejscu

Jadwiga Stanisławowska obudziła się o czwartej rano, choć emeryturę miała od trzech lat. Czterdzieści lat pracy w fabryce odcisnęło w niej nawyk wczesnego wstawania. Przeszła na palcach do kuchni, by nie obudzić męża, i nastawiła czajnik. Za oknem panowała jeszcze noc, ale wiedziała, że świt niebawem nadejdzie.

Dziś był wyjątkowy dzień. Pierwszy września – jej wnuczka Zosia szła do pierwszej klasy. Jadwiga denerwowała się bardziej niż dziewczynka. Cały tydzień sprawdzała szkolny mundurek, liczyła zeszyty, poprawiała kokardy. Mąż tylko kręcił głową i mówił, że chyba oszalała.

– Po co się tak rzucasz jak oparzona? – mruczał. – Nasz Kazek sam chodził do szkoły i jakoś żyje.

– A ja chcę być pierwsza – odpowiadała Jadwiga. – Pierwsza przywitać ją pod szkołą, pierwsza pogratulować.

Marian nie rozumiał tej potrzeby żony. Uważał, że babcie tylko przeszkadzają w takich sprawach. Ale Jadwiga pamiętała, jak trzydzieści lat temu odprowadzała Kazika do pierwszej klasy. Wtedy pracowała na dwie zmiany, wracając późnym wiekiem. Na akademię poszła Marianna, jej własna matka. A Jadwiga stała pod bramą fabryki i płakała z bezsilności.

– Nie płacz – mówiła wtedy sąsiadka Bronisława. – Jak twój syn wnuki będzie miał, wtedy nadrobisz.

I teraz nadrabiała.

Herbata parzyła się mocna, aromatyczna. Jadwiga nalała ją do ulubionego kubka w róże i usiadła przy stole. Na parapecie stały trzy bukiety – jeden kupiła wczoraj na targu, drugi zerwała w ogródku, a trzeci przyniósł wieczorem Marian. Wstydził się, mówił, że głupstwo, ale i tak go kupił.

– Po co aż trzy bukiety? – spytała.

– A nuż nauczycielka nie jedna? – wzruszył ramionami. – Lepiej mieć zapas.

O siódmej już stała pod prysznicem. Ubrała najlepszą sukienkę, tę w białą kratkę, którą chowała na specjalne okazje. Ułożyła włosy, podmalowała usta. W lustrze patrzyła na nią elegancka kobieta z błyszczącymi oczami.

– Co, na randkę się wybierasz? – zbudził się Marian.

– Chcę być piękna dla wnuczki – odpowiedziała.

– I tak jesteś – mruknął w poduszkę.

O wpół do ósmej zadzwonił Kazimierz.

– Mamo, już ruszamy. Zosia się denerwuje, całą noc nie spała.

– A ja w ogóle nie zmrużyłam oka – przyznała Jadwiga. – Idę pod szkołę, będę czekać.

– Mamo, apel dopiero o dziewiątej.

– Wiem. Ale chcę być pierwsza.

Kazimierz westchnął. Dawno przywykł do dziwactw matki. Od kiedy urodziła się Zosia, Jadwiga odmłodniała o dziesięć lat. Biegała z wnuczką po placach zabaw, kupowała zabawki, piekła pierniczki.

– No dobrze, mamo. Tylko nie zmarznij, dziś chłodno.

Jadwiga wzięła bukiety, wrzuciła do torebki cukierki dla Zosi i wyszła. Do szkoły było piętnaście minut spaceru, ale nie śpieszyła się. Chciała nacieszyć się tym porankiem, tą chwilą przed spotkaniem.

Przed szkołą już stała kobieta z bukietem. Jadwiga zmartwiła się – więc nie była pierwsza. Gdy podeszła bliżej, rozpoznała Halinę z trzeciego piętra.

– Też na apel? – spytała.

– Wnuk idzie do pierwszej klasy – kiwnęła głową Halina. – A pani?

– Wnuczka. Zosia.

Stanęły obok siebie, rozmawiając o dzieciachPóźniej, gdy Zosia biegła do niej po szkole z rumieńcami na policzkach i opowieściami pełnymi radości, Jadwiga zrozumiała, że te chwile są jak kwiaty wiśni – ulotne, ale właśnie dlatego najcenniejsze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 − 3 =

Pierwsza na miejscu