Była tylko zapasową opcją
— Jadwiga! Co ty wyprawiasz?! — krzyczała do słuchawki kobieta, a jej głos drżał z oburzenia. — Przecież to moje wesele! Moje! Czekałam na ten dzień półtora roku!
— Danusiu, kochanie, no zrozum! — odpowiadał spokojny głos przyjaciółki. — Tadeusz sam do mnie zadzwonił wczoraj wieczorem. Sam! Co miałam zrobić, odmówić? Spotykaliśmy się jeszcze na studiach, dobrze o tym wiesz!
Danusia opadła na kanapę, telefon zatrząsł się w jej dłoni.
— Ale ślub jest w sobotę! Suknia kupiona, goście zaproszeni, restauracja wynajęta! Jadzia, jak można tak postąpić?
— A co ja mogłam poradzić? Powiedział, że zrozumiał swój błąd. Że kocha mnie, a nie ciebie. Danka, wybacz, ale serce nie sługa…
Danusia cisnęła słuchawkę na sofę i wybuchnęła płaczem. Za oknem mżył październikowy deszcz, na stole leżała teczka z dokumentami do urzędu stanu cywilnego, a w szafie wisiała biała suknia, którą kupowała ze łzami szczęścia w oczach.
Mama weszła do pokoju, usłyszawszy szloch, usiadła obok i objęła córkę za ramiona.
— Co się stało, córeczko?
— Tadeusz… Tadeusz żeni się z Jadwigą — wykrztusiła Danusia przez łzy. — Jutro składają papiery w urzędzie. A nasz ślub miał być za tydzień!
Helena Wójcik pokręciła głową i mocniej przytuliła córkę.
— Znaczy, nie było wam pisane, Danusiu. Znaczy, to nie ten człowiek. Lepiej teraz się dowiedzieć, niż całe życie cierpieć.
— Ale dlaczego, mamo? Dlaczego zawsze jestem tylko zapasową opcją? — szlochała Danusia. — W liceole Krzysiek chodził ze mną, dopóki nie pojawiła się ta nowa. Na studiach Marek trzy miesiące się umizgał, a potem uciekł do koleżanki z roku. Teraz Tadeusz…
Mama w milczeniu gładziła córkę po włosach. Pamiętała, jak Danusia przygotowywała się do ślubu, jak promieniała, przymierzając suknię. Tadeusza nigdy specjalnie nie lubiła — coś w tym chłopaku ją niepokoiło. Zbyt gładki, przystojny, umiał mówić właściwe słowa. A oczy… oczy miał puste.
— Mamo, co ja teraz zrobię? Jak ludziom w oczy spojrzeć? Wszyscy przecież wiedzą o weselu! Ciocia Ewa już kupiła bilety z Poznania, wujek Jan wziął urlop…
— A co masz zrobić? Żyć dalej. Jesteś młoda, ładna, rozsądna. Znajdzie się ktoś, kto cię pokocha naprawdę.
Danusia podniosła załzawione oczy na matkę.
— A jeśli się nie znajdzie? Mam już dwadzieścia siedem lat, mamo. Wszystkie koleżanki zamężne, mają dzieci. A ja jak głupia chodzę na randki i za każdym razem mam nadzieję…
— Znajdzie się — stanowczo powiedziała mama. — Na pewno się znajdzie.
Tylko nie powiedziała córce najważniejszego — że sama przeszła podobną historię. Że też była czyjąś drugą opcją, aż spotkała ojca Danusi. A on był zwykłym robotnikiem, nie przystojniakiem, nie bogaczem, ale kochał ją prawdziwie, do ostatniego dnia.
Dzwonek do drzwi przerwał jej rozmyślania. Danusia drgnęła — a nuż to Tadeusz? Może jednak się rozmyślił?
W progu stała sąsiadka, ciocia Wiesia, z słoikiem konfitur w rękach.
— Danusiu, córeczko! Słyszałam, co się stało… Nie przejmuj się tak! Facet z niego żaden, ten twój Tadeusz. Od razu wiedziałam, gdy go pierwszy raz zobaczyłam. Oczy biegaDanusia spojrzała w oczy cioci Wiesi, uśmiechnęła się przez łzy i wzięła słoik z konfiturami, czując, że gdzieś tam czeka na nią prawdziwe szczęście – nieidealne, ale jej na zawsze.



