Siostra mojego męża uważa, że to my powinniśmy rozpieszczać jej dzieci.
Zwykle posługuje się bardzo enigmatycznymi sformułowaniami. Kiedy mówi: „Chyba warto byłoby zabrać dzieci na ten nowy film animowany”, od razu oznacza to, że mój mąż ma rzucić wszystko i zawieść siostrzeńców do kina. A gdy stwierdza: „Taka piękna pogoda, a wy siedzicie w domu”, w rzeczywistości prosi nas, żebyśmy zabrali jej pociechy do parku rozrywki. Oczywiście na nasz koszt.
Ja nigdy nie łapię takich aluzji. A gdy stają się zbyt oczywiste, udaję, że niczego nie zauważyłam. Jeśli chcesz o coś poprosić – mów wprost. Bez owijania w bawełnę. Za to mój mąż od razu łapie, o co chodzi jego siostrze.
Kocha swoich siostrzeńców. I, moim zdaniem, rozpieszcza ich za bardzo. Rozumiem, że Kasia chce, żeby jej dzieci miały różnorodne atrakcje. Ale to przecież obowiązek rodziców – organizować im czas. Babcie, dziadkowie, wujkowie czy ciotki nie powinni tego robić.
Oczywiście, od czasu do czasu można sprawić przyjemność dzieciom bliskich. W końcu to rodzina. Ale to nie powinno być obowiązkiem! Niedawno obchodziliśmy imieniny naszego siostrzeńca, Krzysia. Jego urodziny już minęły, a my wręczyliśmy mu całkiem niezły prezent. Ale Kasia, jak zwykle, zaczęła rzucać aluzje. Najwyraźniej uznała, że porządny rower to kiepski podarunek. Chociaż sporo nas kosztował. Ona wolałaby, żeby chłopiec wyjechał na weekend do Pragi. Oczywiście z nią, bo przecież małe dziecko nie może podróżować samo.
W jej języku aluzji brzmiało to tak: „Krzyś zawsze tak marzył, żeby zobaczyć Pragę”. Wyjaśnienie dostała dopiero podczas przyjęcia, gdy mój mąż wręczył jej tort, a nie wycieczkę. Mnie tam nie było – byłam w pracy. Mąż pojechał sam. Dał Krzysiowi poduszki, na których wyszyte było jego imię. Długo szukaliśmy w internecie odpowiedniego prezentu na takie święto. W domu Krzysia zwykle nie obchodzono imienin.
Z każdym rokiem oczekiwania Kasi rosną. Mnie to już porządnie denerwuje. Ale mąż tak bardzo kocha siostrzeńców, że nie mogę nic z tym zrobić. Zawsze marzył o własnych dzieciach, ale jakoś nie wyszło. Więc przelał całą miłość na dzieci swojej siostry. Wystarczyło, że mama kazała im zrobić słodkie minki i przekrzywić główkę, a już prosiły słodkim głosikiem o kolejne prezenty. Mąż natychmiast spełniał ich zachcianki. Ja to rozumiałam, ale on nie wierzył, że jego siostra potrafi wykorzystywać dzieci w tak ohydny sposób. Aż nagle… zaszłam w ciążę.
Natychmiast powiedziałam mężowi. Wpadł w euforię i zaczął tańczyć wokół mojego brzucha. Kiedy Kasia znów poprosiła o wyjazd, stanowczo odmówił i oznajmił, że wkrótce będzie miał własnego potomka. Wtedy jego siostra obraziła się i kazała mu wyjść. Potem zadzwoniła do mnie i zaczęła krzyczeć. Pytała, jak mogłam zajść w ciążę. Oskarżała mnie, że zrobiłam to specjalnie, żeby jej dzieci cierpiały. Nie słuchałam tego krzyku i po prostu się rozłączyłam.
Po jakimś czasie siostrzeńcy przynieśli własnoręcznie zrobione kartki. Napisali na nich: „Wujku, prosimy, nie zostawiaj nas” oraz „Po co ci własne dzieci, skoro masz nas?”. Zaczaili się przed jego pracą. Ciekawe, kto wpadł na ten pomysł… Raczej nie wymyśliliby tego sami. Ale Kasia przeliczyła się – efekt był dokładnie odwrotny.
Mąż wrócił do domu z tymi kartkami i zaczął się bić w piersi, że przez lata był naiwny.
— Ale ze mnie głupek! „Wujku, u nas zepsuła się kuchenka mikrofalowa, boimy się podgrzewać jedzenie na gazie. A mamusia nie ma pieniędzy na nową, kup nam, prosimy” — przedrzeźniał dzieci. — Ona zawsze tak robiła! Namawiała je, żeby prosiły, a ja dawałem się nabrać. Co za idiota!
W jednej chwili całkowicie zmienił podejście. Wcześniej pomagał Kasi na każde skinienie, gotów był oddać ostatnie złotówki, byle tylko siostrzeńcom było lepiej. Teraz usiadł i spisał wszystkie wydatki na jej dzieci.
Kasia okazała się tak bezczelna, że przyszła do naszego domu, żeby „porozmawiać”.
— Skoro niedługo będziecie mieli własnego malucha, to może, bracie, sprawisz nam ostatni prezent? Już więcej nie przyjdę. Potrzebuję samochodu, żeby wozić dzieci — powiedziała od progu.
Zamiast odpowiedzi mąż wcisnął jej w ręce swoje notatki i zażądał zwrotu każdego grosza. Dał jej pół roku. I wyprowadził za drzwi.
— Idź już. Masz jeszcze czas, żeby znaleźć pracę — rzucił za nią.
Od tamtej pory koleżanki Kasi zasypują mnie wiadomościami w mediach społecznościowych. Oskarżają, że przez mnie dzieci są głodne i pozbawione męskiej opieki. Wysyłam je tam, skąd przyszły. Kasia i tak ma nieźle – jej były mąż zostawił jej mieszkanie, a dodatkowo dostała cały spadek po rodzicach. Wynajmuje jedno lokum, w drugim mieszka, do tego dostaje alimenty.
Nie sądzę, żeby zginęła. A u nas też jest całkiem nieźle.



