– Bożenko, jak mogłaś na to pozwolić? – krzyczała rozgniewana sąsiadka Weronika Kowalska, wymachując rękami w korytarzu kamienicy. – Jesteś matką! Jak możesz tak obojętnie patrzeć, co dzieje się z twoją córką?
– Cicho bądź! – syknęła Bożena, rozglądając się nerwowo. – Obudzisz pół kamienicy swoim wrzeszczeniem!
– Nie obchodzi mnie to! Niech wszyscy wiedzą, jaka z ciebie matka! Kinga od trzech miesięcy nie wychodzi z pokoju, ledwo je, a ty udajesz, że nic się nie dzieje!
Bożena zacisnęła usta i weszła do swojego pokoju, zatrzaskując drzwi. Weronika jeszcze chwilę postała na korytarzu, po czym odeszła, głośno parskając.
W pokoju było duszno i cicho. Kinga leżała na łóżku, odwrócona do ściany, udając, że śpi. Matka podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Chłodne jesienne powietrze wdarło się do środka, poruszając firankami.
– Kinga, wstawaj. Czas na obiad – powiedziała cicho Bożena.
Córka nie drgnęła. Matka usiadła na brzegu łóżka.
– Wiem, że nie śpisz. Porozmawiajmy, dobrze?
– O czym? – odparła Kinga głucho, nie odwracając się. – Wszystko już się stało.
– Stało się, ale życie toczy się dalej. Trzeba coś z tym zrobić.
Kinga gwałtownie odwróciła się w stronę matki. Jej twarz była blada, oczy opuchnięte od płaczu.
– Co mam zrobić, mamo? Co? On żeni się z inną za tydzień! Z tą swoją Olą ze studiów! A ja głupia siedziałam i czekałam, aż skończy naukę!
– Kochanie, dlaczego tak się męczysz? – Bożena pogładziła córkę po włosach. – Widocznie nie było wam pisane. Znajdziesz kogoś lepszego.
– Lepszego? – Kinga usiadła i spojrzała na matkę pustym wzrokiem. – Mamo, ty nie rozumiesz. Ja…
Zawahała się i znów odwróciła do ściany.
– Co, córeczko? Mów, co się stało.
– Nic. Po prostu bardzo boli.
Bożena westchnęła i wstała.
– Dobrze, odpocznij. Ale wieczorem zjesz kolację. Schudłaś strasznie.
Matka wyszła do kuchni przygotować obiad. Kinga została, wpatrując się w sufit. W brzuchu coś ją ciągnęło i kłuło. Położyła dłoń na brzuchu i pogładziła go przez cienką koszulę nocną.
– Co teraz z nami będzie? – szepnęła.
W kuchni rozlegał się brzęk garnków i smażenie czegoś na patelni. Pachniało cebulą i ziemniakami. Kingę lekko mdliło, jak każdego dnia od kilku tygodni.
Wieczorem przyszła ciocia Grażyna, młodsza siostra matki. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu i była jedyną w rodzinie z wykształceniem medycznym.
– No i jak, Bożenko, jak nasza chora? – zapytała, zdejmując w przedpokoju płaszcz.
– Wciąż leży, nic nie je. Zupełnie mnie zamęczyła – poskarżyła się Bożena.
– Była u lekarza?
– Gdzie mam ją zabrać? Nie chce nawet wstać.
Ciocia Grażyna weszła do pokoju Kingi.
– Witaj, siostrzenico. Jak się czujesz?
– Normalnie – burknęła Kinga, nie odwracając się.
– No to się odwróć – powiedziała stanowczo ciocia Grażyna. – Niech na ciebie spojrzę.
Kinga niechętnie się odwróciła. Ciocia Grażyna przyjrzała się jej twarzy, potem wzięła za rękę i zmierzyła puls.
– Kiedy ostatnio jadłaś porządnie?
– Nie pamiętam – mruknęła Kinga.
– A miesiączkę miałaś kiedy?
Kinga drgnęła i szybko spojrzała na ciotkę.
– Nie pamiętam.
– Jak to nie pamiętasz? Zastanów się.
– No… dawno. Dwa miesiące temu, chyba.
Ciocia Grażyna zmarszczyła brwi.
– Kinga, wstawaj. Idziemy do łazienki.
– Po co?
– Sprawdzimy coś.
Kinga niechętnie wstała z łóżka. Nogi miała jak z waty, w oczach pociemniało.
– Oj… – chwyciła się ściany.
– Co się stało?
– Kręci mi się w głowie.
Ciocia Grażyna pomogła jej dojść do łazienki i zamknęła drzwi.
– Rozbierz się – powiedziała krótko.
– Ciociu, po co?
– Po to. Rób, co mówię.
Kinga powoli się rozebrała. Ciocia Grażyna obejrzała ją, dotknęła brzucha i piersi.
– Dobrze, ubieraj się.
Wróciły do pokoju. Ciocia Grażyna usiadła na krześle i długo patrzyła na siostrzenicę.
– Kinga, powiedz szczerze. Miałaś z tym chłopakiem coś więcej?
Kinga poczerwieniała aż po czubki uszu.
– Co ciocia ma na myśli?
– Doskonale wiesz. Byliście blisko?
Kinga opuściła głowę i skinęła.
– Byliśmy.
– Zabezpieczaliście się?
– Mówił, że wszystko pod kontrolą, że wie, jak trzeba…
– Rozumiem. Kinga, jesteś w ciąży.
Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok. Kinga siedziała nieruchomo, jakby nie rozumiała, co usłyszała.
– Co? – w końcu wykrztusiła.
– Jesteś w ciąży. Ze trzy miesiące.
Kinga zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się. Ciocia Grażyna podeszła i objęła ją.
– No co ty, no co ty. Nie płacz tak.
– Co teraz będzie? – łkała Kinga. – On przecież żeni się z inną! A ja… ja…
– Najpierw musimy się upewnić. Jutro pojedziemy do lekarza. A potem zobaczymy.
– Mama się dowie?
– Na razie nikomu nie mów. Najpierw sprawdzimy.
Ciocia Grażyna wyszła, a Kinga przesiedziała do rana, nie wiedząc, co robić ani o czym myśleć. W głowie wirowały obrazy – wspomnienia o Marku, o ich spotkaniach, o tym, jak obiecywał, że się z nią ożeni, gdy skończy studia.
Rano pojechały z ciocią Grażyną do szpitala. Lekarz potwierdził to, co ciocia już wiedziała – ciąża, czternaście tygodni.
– Co robimy? – zapytała ciocia Grażyna, gdy wyszły z gabinetu.
– Nie wiem – Kinga była całkowicie zagubiona. – Naprawdę nie wiem.
– Najpierw trzeba porozmawiać z tym chłopakiem. Może się opamięta, gdy się dowie.
– Nie, ciociu. On się nie opamięta. Kocha innąPo latach, gdy jej własne dzieci pytały, czy kiedyś marzyła o innej przyszłości, Kinga uśmiechała się tylko cicho i mówiła, że najważniejsze to iść naprzód, bez oglądania się za siebie.



