Sobota z rodziną
– Ależ proszę cię, nie zaczynaj z tą dietą! – wykrzyknęła gniewnie Wioletta, wymachując widelcem z kawałkiem sernika. – I tak wiem, że jestem gruba!
– Wiolu, kto ci coś takiego powiedział? – próbowała ją uspokoić siostra Kinga. – Chciałam tylko podzielić się przepisem na zdrowszy deser…
– Nie prosiłam! – przerwała Wioletta. – Mam już dość! Co weekend to samo – albo figurę mi się krytykuje, albo fryzurę, albo męża!
Anna Stanisławowa westchnęła ciężko i odstawiła filiżankę herbaty. Sobotnie rodzinne spotkania w jej domu zamieniały się w prawdziwą próbę cierpliwości. Zjawiły się wszystkie trzy córki z rodzinami, wnuki biegały po mieszkaniu, a dorośli zamiast spokojnej rozmowy, urządzali kolejną awanturę.
– Dziewczynki, może już dosyć – powiedziała zmęczonym tonem. – Sąsiedzi usłyszą.
– Niech słyszą! – nie ustępowała Wioletta. – Wtedy zobaczą, jaką mam wspaniałą rodzinę!
Halina, najstarsza z sióstr, zacisnęła usta i demonstratywnie odsunęła swój talerz.
– Próbujemy ci pomóc – powiedziała lodowatym tonem. – Ale jeśli nie chcesz…
– Nie chcę waszych rad! Żyję, jak żyję, i jest mi z tym dobrze!
Anna Stanisławowa spojrzała na córki i po raz kolejny pomyślała, jak bardzo różne się stały. Halina, czterdziestoletnia, perfekcyjna nawet w domu, zawsze wystrojona – księgowa w dużej firmie, żona inżyniera, syn na studiach. Wzór idealnej rodziny, przynajmniej na zewnątrz.
Kinga, średnia, spokojna, zawsze godząca wszystkich – pracuje w przedszkolu, mąż mechanik, dwoje dzieci w szkole. Żyją skromnie, ale w zgodzie.
A Wioletta, najmłodsza, trzydziestopięcioletnia, ale zachowująca się jak nastolatka – wiecznie niezadowolona, wiecznie kłócąca się ze światem. Wyszła za mąż późno, po trzydziestce, urodziła córkę i teraz stale narzeka.
– Babciu, gdzie są zdjęcia dziadka? – zapytał Kacper, syn Haliny, zaglądając do salonu. – Chcę pokazać Krzysiowi.
– W dużym albumie na półce – odpowiedziała Anna. – Tylko ostrożnie, nie porwij niczego.
Kacper skinął głową i pobiegł do kuzynów. Anna uśmiechnęła się. Wnuki przynajmniej potrafią cieszyć, nie to co córki.
– Słuchajcie, może skończmy się kłócić? – zaproponowała Kinga. – Porozmawiajmy o czymś miłym.
– O czym niby? – syknęła Wioletta. – O tym, jak to Halina ma wszystko idealnie? Trzypokojowe mieszkanie, nowe auto, syn na uczelni…
– Co ma moje mieszkanie do rzeczy? – wybuchnęła Halina. – Pracuję od rana do nocy, żeby to wszystko mieć!
– Tak, pracujesz – ciągnęła Wioletta. – A ja nie mam czasu, bo mam małe dziecko.
– Julka ma już pięć lat, jakie małe?! – nie wytrzymała Halina.
– Dla ciebie pięć lat to mało? Twój Kacper od dziesięciu sam sobie radził!
Anna poczuła, jak zaczyna ją boleć głowa. Co sobota to samo. Córki zbierają się u niej niby po to, by spędzić czas razem, a kończy się nerwową wymianą zdań.
– Dziewczynki – powiedziała cicho – wasz tata nie chciałby was takimi widzieć.
Na wspomnienie ojca wszystkie trzy ucichły. Stanisław odszedł trzy lata temu, a od tamtej pory rodzinne spotkania stały się napięte, jakby brakowało tej jednej osoby, która trzymała wszystkich w ryzach.
– Mamo, nie teraz – szepnęła Kinga.
– Właśnie teraz – stanowczo odpowiedziała Anna. – Marzył, żebyście były dla siebie wsparciem. A co wy robicie?
Wioletta spuściła wzrok i zaczęła rozdrabniać ciasto na talerzu. Halina poprawiła włosy i spojrzała przez okno.
– Mamo, nie kłócimy się specjalnie – odezwała się Kinga. – Po prostu… mamy różne charaktery.
– Charaktery! – prychnęła Wioletta. – Twój charakter to pouczanie wszystkich!
– Ja nie pouczam! – oburzyła się Halina. – Po prostu wiem, co robić!
– Właśnie! A kto cię pytał?!
Anna wstała od stołu i wyszła do kuchni. Kompletny bałagan – brudne naczynia, okruchy na podłodze. Włączyła wodę i zaczęła zmywać, próbując się uspokoić.
Za plecami usłyszała kroki.
– Mamo, pomogę ci – to była Kinga.
– Nie trzeba, sama dam radę.
– Daj spokój. Razem pójdzie szybciej.
Kinga wzięła ścierkę i zaczęła wycierać naczynia. Za nią weszła Halina.
– Mamo, przepraszam, że znowu… – zaczęła, ale Anna machnęła ręką.
– Już dobrze. Przyzwyczaiłam się.
– Nie przyzwyczaiłaś się, tylko znosisz – powiedziała Halina. – Widzimy to.
Do kuchni zajrzała Wioletta, nie mówiąc nic, tylko zaczęła zbierać okruchy ze stołu.
Przez chwilę pracowały w ciszy. Anna myła naczynia i rozmyślała, jak wszystko się zmieniło. Kiedy Stanisław żył, soboty były świętem – opowiadał wnukom historie, grał z nimi w warcaby, córki pomagały w domu i dzieliły się wiadomościami. Bez kłótni, bez pretensji.
– Mamo, pamiętasz, jak tata zabierał nas w soboty do parku? – zapytała nagle Kinga.
– Pamiętam – uśmiechnęła się Anna. – Huśtawki, lody…
– I jak nas fotografował przy fontannie – dodała Halina. – Zawsze mówił: „Dziewczynki, uśmiech, to na pamiątkę!”
Wioletta podniosła wzrok.
– A jak mnie brał na barana? Byłam najmniejsza, nie sięgałam do huśtawek.
– Tak, pamiętam – potwierdziła Anna. – Piszczałaś z radości.
Zaczęły jej szklić się oczy. Jakże tęskniła za mężem, zwłaszcza w takie chwile.
– Babciu, a co wy tu robicie? – do kuchni zajrzała Julka, córka Wioletty. – Mogę ciasteczko?
– Oczywiście, kochanie – Anna podała jej porcelanową miseczkę. – A co robią chłopcy?
– Kacper pokazuje zdjęcia dziadka. Mówi, jaki był silny.
Wioletta drgnęła.
– Julka, pamiętasz dziadka?
– Troszkę – zamyśliła się dziewczynka. – Nazywał mnie misiem i dawał cukierki.
– Misiem? – zdziwiła się Wioletta. – CzemuI wtedy Anna Stanisławowa pomyślała, że choć życie bywa trudne, to właśnie te małe, wspólne chwile – przy stole, przy zdjęciach, przy wspomnieniach – sprawiają, że rodzina znów staje się bliska.



