Marzyła o tańcu.
Muzyka urwała się nagle, a sala zamarła. Kinga słyszała tylko własny oddech. Nagle ciszę przerwał jeden samotny klask, a po chwili burza oklasków zagłuszyła ją całkowicie. Widzowie wstali z miejsc, wielu z łzami w oczach.
Kinga wymieniła krótkie spojrzenie z Jakubem. Pochylił się i pocałował ją. Na jego ustach pozostał słonawy smak jej łez. Oklaski stopniowo cichły, a publiczność opuszczała salę. Jakub delikatnie popchnął wózek z Kingą w stronę wyjścia.
— Zmęczona?
— Nie. Jestem szczęśliwa! Dziękuję ci! — Zaśmiała się przez łzy.
***
Kinga przygotowywała kolację, co chwilę zerkając na zegar. Wkrótce miał wrócić Marek. Postawiła czajnik na gazie, szybko krojąc warzywa do sałatki. Znów spojrzała na zegar. *Spóźnia się. Zadzwonić? Nie. Znowu powie, że wmawiam sobie zdradę, że sama się nakręcam. Tak bardzo chcę mu wierzyć. Nie mogę. Nie mogę już.* — Dłonie świerzbiły, by złapać telefon. *Czyżby znów?*
Ścisnęła nóż tak mocno, że aż zbielały jej kostki. W końcu rozluźniła palce, a nóż z brzękiem upadł na stół. Spojrzała znów na zegar, którego wskazówki wlokły się, jakby sprawdzając jej cierpliwość. Wreszcie nie wytrzymała i wybrała numer męża. *Proszę, odbierz. Powiedz, że już jesteś blisko.* — Próbowała przekonać długie sygnały, by umilkły. Ale one, jakby drwiąc z niej, wbijały się w bębenki uszne.
OdbuKinga spojrzała w niebo, gdzie chmury malowały cienie nadziei, i zrozumiała, że nawet w świecie pełnym bólu można znaleźć chwilę, która nada życiu nowy sens.



