Marzenia o tańcu

Marzyła o tańcu

Muzyka umilkła, sala zamarła. Kamila słyszała tylko własny oddech. Nagle ciszę przerwał pojedynczy klask, a chwilę później burza oklasków ogłuszyła ją. Widzowie wstali z miejsc, wielu miało łzy w oczach.

Kamila wymieniła spojrzenie z Antkiem. Pochylił się i pocałował ją. Na jego ustach pozostał słonawy posmak jej łez. Oklaski zaczęły cichnąć, publiczność opuszczała salę. Antek popchnął wózek z Kamilą w stronę wyjścia.

— Zmęczona?
— Nie. Jestem szczęśliwa! Dziękuję ci! — Zaśmiała się przez łzy.

***

Kamila przygotowywała obiad i zerkała na zegar. Za chwilę miał wrócić Krzysiek. Postawiła czajnik na gazie, szybko kroiła warzywa do sałatki. Znów spojrzała na zegar. „Spóźnia się. Zadzwonić? Nie. Znów powie, że tylko mi się wydaje, że go zdradzam, że przesadzam. Jak chcę mu wierzyć. Nie mogę. Już nie mogę.” — Dłonie swędziały, by chwycić telefon i do niego zadzwonić. — „Znów to samo?”

Kamila ścisnęła uchwyt noża tak mocno, że aż zbielały jej kostki. Wreszcie otworzyła dłoń, a nóż z metalicznym brzękiem upadł na stół. Znów spojrzała na zegar, którego wskazówki wlokły się bezlitośnie, sprawdzając jej cierpliwość. W końcu nie wytrzymała i wybrała numer męża. „No dalej, odbierz, proszę. Powiedz, że już wracasz” — błagała w myślach, słuchając przeciągłych sygnałów. Ale one, jakby naigrawając się z niej, dudniły w jej bębenki.

Kamila odrzuciła telefon. Przesunął się po blacie i zatrzymał na samym jego skraju. „Spokojnie. Nie wariuj. Zaraz wróci…” — przekonywała siebie.

Krzysiek wrócił około pierwszej w nocy. Wypłakawszy się, Kamila zasnęła, ale ledwie klucz zgrzytnął w zamku, obudziła się i uniosła głowę. Pod drzwiami przedpokoju — wąska smuga światła. Zerwała się i gwałtownie otworzyła drzwi. Krzysiek zdejmował buty i zaskoczony drgnął. Szybko jednak opanował zdziwienie, zapytał, jak gdyby nigdy nic:

— Przestraszyłaś mnie. Dlaczego nie śpisz?

— Chcę spojrzeć ci w oczy. Obiecywałeś, że już się z nią nie spotykasz…

— Nie zaczynaj. Byłem z kumplami, oglądaliśmy mecz, wypiliśmy piwo…

— Nie mogę już. Nie mo-gę — powtórzyła Kamila, przerywając jego wymówki. — Nie mogę czekać i nasłuchiwać kroków za drzwiami. Dość. — Objęła rękami brzuch i weszła do pokoju, lekko pochylona, jakby nie miała siły się wyprostować.

Skuliła się na łóżku i wybuchnęła płaczem.

— Kamilo, ja też mam dość twoich podejrzeń. Serio. Nie pozwalasz mi oddychać. Mówiłem, z kumplami się zaciągnęliśmy… — Krzysiek podszedł do łóżka, ale nawet nie próbował jej pocieszyć, pogłaskać szlochającej żony.

— Nie mogłeś zadzwonić? Telefon, jak zawsze, padł? Mam dość. Wymyśliłbyś coś nowego. Nie śmierdzisz piwem — jęknęła Kamila, zerwała się z łóżka i rzuciła do przedpokoju.

Gdy Krzysiek zrozumiał, co zamierza, było już za późno. Kamila wyciągnęła z kurtki męża telefon i patrzyła na rozświetlony ekran.

— Oddaj! — Krzysiek rzucił się do niej, próbując wyrwać urządzenie, ale Kamila odsunęła rękę z telefonem.

— Kochanie, już wróciłeś? Żona już urządziła ci przesłuchanie z awanturą, czy odłożyła na rano? — słodkim, sztucznym głosem przeczytała wiadomość na ekranie. — I który to z twoich kumpli nazywa cię „kochanie”?

Krzysiek znów spróbował odebrać telefon, ale Kamila bez walki sama mu go oddała. Odsunęła go, minęła i zaczęła się ubierać.

— Napisz jej, że jesteś wolny. Wracam do mamy. Żeby jutro rano ani ciebie, ani twoich rzeczy tu nie było.

— Przestań, Kamilo. Późno już. Dobrze, nie byłem z kumplami… — zaczął Krzysiek i urwał.

Twarz żony wykrzywiła się, jakby patrzyła na ohydnego szczura.

— Czego ci brakuje? — spytała cicho Kamila, znów pochylając się w pasie, jakby skręcał ją ból. — Nie mogę już tak. Nie zostanę z tobą ani chwili.

Wzięła torebkę i wyszła. Krzysiek nie zatrzymał jej. Na ulicy Kamila zamówiła taksówkę, potem zadzwoniła do matki.

— Znowu się pokłóciliście? Mówiłam, że nie można wierzyć jego obietnicom. Trzeba było odejść od razu, nie wybaczać — mówiła do telefonu matka.

— Dobrze, mamo, później pogadamy. — Kamila rozłączyła się.

Ale do matki nie dojechała. Taksówka pędziła przez pusty, śpiący Kraków, gdy z bocznej ulicy wyłonił się SUV prowadzony przez pijanego kierowcę. Uderzenie przyszło od strony pasażera, gdzie siedziała Kamila…

Krzysiek przychodził do szpitala codziennie, gdy przeniesiono ją z intensywnej terapii na oddział. Czuł się winny. Gdyby wówczas nie uległ namowom Ewy, by zostać u niej dłużej, może nie doszłoby do kłótni, Kamila nie wsiadłaby do tej taksówki…

Lekarze mówili, że zrobili, co mogli, że za miesiąc-dwa Kamila wstanie na nogi. Ale ani po pół roku, ani po roku nie wstała. Nadzieja na powrót do zdrowia zniknęła. Do końca życia będzie poruszać się na wózku.

Krzysiek został z nią. W domowych obowiązkach pomagała mu matka Kamili. Ale ile może młody mężczyzna opiekować się niepełnosprawną żoną? Są tacy, którzy nie porzucą. Chce się w to wierzyć. Przyzwyczajony do wygód, mający młoda i zdrową kochankę, Krzysiek szybko zrozumiał, że wziął na siebie zbyt ciężki ciężar. Jak długo można żyć z poczuciem winy? Patrzeć w oczy żony, w których rozpacz mieszała się z nienawiścią? Zostawił Kamilę matce i odszedł.

Nadeszły dni rozpaczy i depresji. Kamila poważnie myślała, jak przerwać swoje niepotrzebne już życie — połknąć garść tabletek czy rzucić się z balkonu. Ale drzwi balkonowe były wąskie. Nawet gdyby się na niego wydostała, czy zdołałKamila spojrzała na Antka, który trzymał jej dłoń, i w końcu poczuła, że mimo wszystko warto żyć — bo życie, nawet zranione, może wciąż zaskoczyć pięknem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + 14 =

Marzenia o tańcu