Tajemniczy Duch

Duch

Wojciech wracał do domu od rodziców. Latem mieszkali na wsi. Dom stary, wymagał czasu i siły. W weekendy pomagał ojcu w drobnych naprawach. Ostatnio serce ojca szwankowało, więc Wojciech starał się przejmować większość cięższych prac.

Wyrwał się na jeden dzień, naprawił płot, nosił wodę ze studni — najpierw do podlania ogrodu, potem do łaźni. Pojechał też z matką do sklepu. Po kolacji zaczął się pakować.

— Dokąd tak późno? Zostań, rano pojedziesz — namawiała matka.

Ale Wojciech obiecał Jadwidze, że wróci. Gdy już szedł do samochodu, zadzwonił do niej, a ona też radziła zostać do rana.

— Co, nie tęsknisz? — udawał, że się obraził.

— Tęsknię, bardzo. I czekam — roześmiała się żona.

— No to już jadę — odpowiedział z energią.

Słońce dawno zaszło, zapadły chłodne zmierzchy. Na drodze było pusto. Za kierownicą Wojciech poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Rzadkie samochody mijały go, oślepiając światłami. Gdy był już na obrzeżach miasta, na moment przymknął oczy…

— Jadzia, jestem! — krzyknął z progu mieszkania.

Jadwiga nie odpowiedziała. Zajrzał do kuchni. Żona stała przy kuchence, mieszała coś na patelni, nucąc pod nosem prostą piosenkę. „Ty jesteś jak maj, ja jak róża” — rozpoznał słowa. Zapach smażonego mięsa drażnił nozdrza. Dawno nie czuł się tak lekko. Zmęczenie jakby wyparowało. Jak po długim, mocnym śnie. A może tak właśnie było? Nie pamiętał drogi do domu, jakby prześlizgnął się przez czas.

— Jadziu — zawołał ponownie.

Ale żona nie zareagowała.

„Zawsze w słuchawkach” — pomyślał, podszedł bliżej, lecz niczego w jej uszach nie było.

— Stęskniłem się i zgłodniałem — szepnął jej do ucha.

Zamarła na chwilę, jakby nasłuchując.

— No w końcu! — ucieszył się. — Już myślałem, że ogłuchłaś.

W następnej chwili Jadwiga przykryła patelnię, zgasiła gaz i gwałtownie się odwróciła. Wojciech ledwo zdążył odskoczyć.

— Jadziu, co się dzieje? Dlaczego mnie nie widzisz? Jestem tu! Otwórz oczy! — krzyknął głośniej.

Stał obok, a ona zachowywała się, jakby go nie było. Nagle zadzwonił telefon. Jadwiga przeszła do pokoju, mijając go tak blisko, że poczuł powiew powietrza na twarzy.

Zajrzał przez jej ramię. Na ekranie migał nieznany numer. Zawahała się, ale w końcu odebrała.

— Tak, to ja — powiedziała. — Co? To jakaś pomyłka… — Po chwili telefon wypadł jej z ręki, osunęła się na kanapę, zakryła twarz dłońmi i wybuchnęła płaczem.

— Jadziu, co się stało? Z ojcem? Serce? — pytał, ale płakała, nie zwracając na niego uwagi.

Przysiadł przed nią, chciał odsunąć jej dłonie od twarzy, ale ze zgrozą zobaczył, jak jego palce przenikają przez jej ręce jak przez mgłę. Zerwał się na nogi, wpatrując się w swoje dłonie. Jadwiga odkryła twarz, spojrzała przed siebie zaczerwienionymi oczami.

— Wojtek? — szepnęła.

— Jestem tu — odpowiedział, ucieszony, że wreszcie go dostrzegła.

Lecz jej wzrok, przemknąwszy przez jego twarz, znów błądził po pokoju. Nie. Nie widziała go.

— To niemożliwe. To pomyłka — szepnęła. — Wojte-e-ek… — zawyła i znów wybuchnęła łkaniem.

Nagle zerwała się, podniosła telefon, zaczęła wybierać numer. Palce jej drżały tak, że ciągle myliła cyfry.

— Już, już… — przycisnęła telefon do ucha.

Wojciech instynktownie sięgnął do tylnej kieszeni spodni. Nie znalazł telefonu. Nie usłyszał też dzwonienia.

„Zostawiłem w samochodzie” — pomyślał.

Jadwiga przerwała połączenie, zaczęła wybierać ponownie.

— Pani Krystyno, mówili mi, że… Nie, Wojtek jeszcze nie wrócił. Dzwonili z policji… — Zrobiła pauzę, nabierając powietrza. — Wojtek miał wypadek pod miastem… Nie, pani Krystyno, już go nie ma… — przekazała te straszne wieści matce Wojciecha, rzuciła telefon na kanapę i znów zaniosła się płaczem.

„To o mnie? Rozbiłem się? Nie żyję?” — nie mógł uwierzyć. Jak tu uwierzyć, skoro stoi w swoim mieszkaniu, patrzy na żonę, mówi do niej?

— Dlatego nie pamiętam drogi, wejścia po schodach… Jakbym spał. Albo działał automatycznie. Dlatego Jadzia mnie nie widzi. Nie żyję. — Nie dziwił się, że umarł, dziwiło go, że nie czuje strachu, bólu, żalu.

— Wojtek, jak ja teraz? Jak żyć? — Jadwiga znów upadła na kanapę, twarzą w dół.

Wyciągnął rękę, chciał ją pogłaskać po plecach, ale dłoń zawisła w powietrzu. Stał nad nią, próbując przypomnieć sobie, co wiedział o duchach. Przyszedł mu do głowy tylko film z Patrickiem Swayze’em.

„Więc tak to wygląda. A myślałem, że to fantazja. Jak długo zostanę tu, na ziemi? Kto mi wyjaśni, co robić?”

Czas płynął dziwnie. Zanim się zorientował, nastał ranek. Jadwigi nie było w pokoju. Nie pamiętał, gdzie był przez cały ten czas. Nagle poczuł, że coś go ciągnie. Nim mrugnął, znalazł się w zimnym pomieszczeniu z kaflowymi ścianami i metalowym stołem pośrodku. Przy ścianie leżało ciało. Poznał siebie — twarz pokryta krwią. Obok stała matka, zasłaniając oczy chusteczką. Ojciec podtrzymywał ją za ramię. Jadwiga stała z boku, nie odrywając wzroku od ciała.

Wyszli z budynku. Za ogrodzeniem czekała taksówka.

— Może jednak pojedziesz z nami, Jadziu? Razem będzie lżej — zaproponowała matka.

Jadwiga tylko potrząsnęła głową.

— Wojtuś, synku — szlochała matka w taksówce.

— Aniu, jak możesz myśleć o mieszkaniu teraz? — oburzył się ojciec.

— A co? Mamy jeszcze syna. Przecież Paweł kończy studia, może się ożenić. Szkoda Jadzi. Gdyby mieli dziecko… — Machnęła ręką z mokrą od łez chusteczką.

— Mamo, mamoWojciech spojrzał raz jeszcze na Jadwigę, która stała samotnie przy bramie cmentarnej, i poczuł, jak coś delikatnie, lecz nieodwołalnie, pociąga go ku górze, gdzie czekała na niego cisza i światło, którego już nie mógł zatrzymać na ziemi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − 14 =

Tajemniczy Duch