Zapiski po burzy
Zostało może sto kilometrów do domu, gdy światła mojego samochodu oświetliły czerwone auto stojące na poboczu z otwartą maską. Obok machał rękami jakiś facet. Zatrzymywać się na pustej drodze w środku nocy? Głupota. Ale niebo na wschodzie już jaśniało przed świtem, a do celu było tak blisko. Zdecydowałem się zahamować. Nie zdążyłem zrobić dwóch kroków, gdy silne uderzenie w tył głowy zwaliło mnie z nóg.
Ocknąłem się, gdy czyjeś ręce przeszukiwały moje kieszenie. Próbowałem się podnieść, ale coś ciężkiego przygniotło mnie do ziemi. Kilku napastników? W bok wbił się but. Krzyknąłem z bólu.
Wtedy posypały się ciosy. Zwinąłem się w kłębek, chroniąc głowę rękami. Kopań było tyle, że straciłem przytomność po uderzeniu w żebra.
Kolejne przebudzenie – cichy skowyt. Myślałem, że to ja jęczę. Bicia już nie było. Poruszyłem się, a wtedy coś mokrego trąciło mnie w policzek. Otworzyłem oczy. Nademną stał pies, uważnie wpatrując się we mnie. Próbowałem wstać, ale ukłucie w bok odebrało mi oddech. „Złamane żebro” – przemknęło mi przez myśli. Głowa ciężka jak z ołowiu. Pies zaskomlał ponownie.
Następnym razem ocknąłem się w aucie. Silnik warczał, a ciało kołysało się na nierównościach.
„Ocknął się. Jesteśmy już blisko miasta, wytrzymaj” – usłyszałem, ale nie rozpoznałem, czy mówił mężczyzna, czy kobieta.
Nie miałem siły otworzyć oczu. Zmęczenie ciągnęło mnie z powrotem w ciemność. Obudził mnie wstrząs. Ktoś mnie niósł. Światło rozdarło mi źrenice, a czoło przeszyła migrena.
„Wraca do siebie” – to był dziewczęcy głos.
W półmroku migały lampy, a czyjaś twarz rozpływała się przede mną. Zatoczyło mnie. Nagle ruch ustał. Pochylił się nade mną starszy mężczyzna z siwą bródką.
„Jak panu na imię? Pamięta pan, co się stało?” – głos dochodził jakby z daleka.
„Marcin Kowalczyk. Zaatakowali mnie…” – ledwo poruszałem spuchniętymi wargami, ale zrozumieli.
„Tak. Nieźle pana urządzili.”
„Samochód…” – wykrztusiłem. Każdy oddech przeszywał mnie jak nóż.
„Nie było przy panu żadnego auta. Tylko pies. To on pana znalazł. Niech pan śpi” – powiedział lekarz. I znów zapadłem w ciemność.
Kolejne przebudzenie – ból głowy zelżał. Z korytarza dobiegały stłumione głosy.
„Ocknął się. Dobrze. Słyszy mnie pan? Kapitan Nowak z policji. Może pan mówić?”
Opowiedziałem, jak zatrzymałem się na drodze, jak mnie bili, podałem numer rejestracyjny…
„To pański pies?”
„Nie mam psa” – odparłem zdezorientowany.
„Ale kierowca, który wezwał karetkę, mówił, że pies wyskoczył przed jego samochód, niemal pod koła. Prowadził go do rowu, gdzie pan leżał. Bez niego nikt by pana nie znalazł.” Podsunął mi papier do podpisu.
„Co ze mną?” – szepnąłem.
„Żyje pan, to najważniejsze. Dwa złamane żebra, wstrząśnienie mózgu, mnóstwo siniaków.”
„Dosyć na dziś. Jest wyczerpany” – to znowu lekarz. I znów zasnąłem.
Obudziłem się nocą. Na suficie tańczyły cienie liści. Żołądek podchodził mi do gardła. Zamknąłem oczy, ale myśli były już jasne. Pamiętałem tę drogę…
Rankiem czułem się lepiej.
„Wstawajmy powoli” – lekarz pomógł mi usiąść.
Pokój przestał wirować. Białe ściany, szafka nocna. Lekarz w fartuchu przypominał z tą bródką świętego Mikołaja.
Z okna widać było szpitalny park.
„Tam, pod drzewem. Pański pies. Czeka” – powiedziała pielęgniarka.
„Nie mam psa.”
„Próbowaliśmy go przegonić. Nie odchodzi. Czeka pod pańskim oknem. Jak się schowamy – je.”
Pies siedział nieruchomo. Nazajutrz wyszedłem do parku.
Zobaczył mnie, ale nie podbiegł. Czekał.
„To ty mnie uratowałeś?” Poklepałem go po łbie. Ogon zaterkotał.
Usiedliśmy na ławce. Wtedy pojawił się kapitan Nowak.
„Obcy pewnie ukradli auto. Już go nie znajdziemy. Wyjeżdża pan? Pies nie wsiądzie do autobusu…”
„Zabiorę go” – powiedziałem.
W policyjnym samochodzie słuchaliśmy gadatliwego kierowcy:
„Całe miasto tylko o was mówi!”
Siedziałem jak cień, na którego przypadkiem padł blask czyjejś sławy.
W domu czekał zapach pieczeni.
„Wejdź” – otworzyłem drzwi, ale pies zatrzymał się na progu.
Z kuchni wybiegła Kinga w kwiecistym fartuchu.
„Wiedziałam, że dziś wrócisz!” Podeszła do pocałunku, ale nagle zesztywniała.
„Co to jest?!”
„To Burek. Zostaje z nami.”
Zrobiła się blada.
„Zrobiłeś to specjalnie!” Zrzuciła fartuch. „Zabierz go stąd!”
Burek sam odsunął się od drzwi. Kinga wcisnęła się plecami w framugę i wybiegła.
Nie zatrzymywałem jej. Obiad zjedliśmy we dwóch – ja i mój wybawca.



