Niebieska żyła

**Błękitna żyłka**

Jakże ją kochał. Szalał za nią, stał pod jej oknami późnymi wieczorami, cieszył się, gdy tylko udało mu się dostrzec jej zarys w świetle lampy. Wydawała mu się nieosiągalna i niedostępna. Rozczulała go jej delikatność, blada, niemal przeźroczysta skóra, przez którą prześwitywały niebieskawe nitki żyłek. I wtedy brakowało mu tchu z nadmiaru czułości i miłości.

Na szkolnym balu karnawałowym Wojtek zaprosił ją do tańca. Elżbieta była od niego niższa, taniec wychodził niezgrabnie. Drżały mu dłonie, czoło pokryła wilgoć, a spocone palce na jej talii paliły jak ogień. Nie mógł opanować emocji i płonął ze wstydu, wiedząc, że ona to czuje. Gdy muzyka ucichła, odsunął się od Elżbiety i wreszcie zaczerpnął powietrza.

Dziwił się, że inni chłopcy nie zakochali się w niej.

Na przykład Marek wolał rosłą Kasię, z długimi, mocnymi nogami. Gdy Kasia biegła po boisku na lekcjach wf-u, górując nad resztą dziewczyn, jej wysoki kucyk kołysał się jak wahadło.

Dla Wojtka ideałem kobiecej piękności była drobna Elżbieta. Była jego obsesją, natrętnym marzeniem, chorobą. Jego matka nie podzielała fascynacji syna. „Ładna, ale jakaś wątła” – zwierzyła się ojcu. „Trzeba coś z tym zrobić. Odciągnij go od tej chudziny. Nie pasują do siebie. I co ona w ogóle ma w głowie? Taka jakaś nie z tego świata, krucha. Z niej żadna żona ani gospodyni. I to imię jakieś obce, nie nasze. Namów go na studia w innym mieście, w Krakowie na przykład. Byle dalej od niej.”

Ojciec przytaknął i porozmawiał z synem po męsku. Powiedział, że w Krakowie ma więcej perspektyw, że po prestiżowej uczelni czeka go świetlana przyszłość. Że są gotowi opłacić studia, jeśli nie dostanie się na państwowe. I Wojtek się zgodził.

Nad łóżkiem w akademiku powiesił zdjęcie Elżbiety, powiększone z klasowej fotografii. Ale Elżbieta została w domu, a Wojtek był młody. Zdobywał życiowe doświadczenie, spotykał się z dziewczynami, a obraz delikatnej koleżanki z klasy przechowywał we wspomnieniach i snach.

Aż poznał Agnieszkę. Przy Agnieszce nie trzęsły mu się ręce, myśli pozostawały jasne. Rozumieli się bez słów. Z nią było łatwo i bezpiecznie. A postać Elżbiety odsunęła się gdzieś na dno pamięci.

Po studiach Wojtek ożenił się z Agnieszką i został w Krakowie. Matka cieszyła się z wyboru syna. „Wszystko lepsze niż ta dziwaczna Elżbieta.”

Rok później urodziła się ich córeczka, Zosia. Wojtek szalał z miłości do niej. Wystarczyło, że malutka kichnęła, a on gotów był postawić na nogi całą krakowską służbę zdrowia. A Elżbieta została marzeniem z dawnych, szkolnych lat.

„Tatę zabrali do szpitala. Będą operować. Lepiej przyjedź” – zadzwoniła pewnego dnia matka.

Zosia była przeziębiona, więc Agnieszka z córką zostały w domu. Wojtek wziął urlop i pojechał sam.

Kraków żegnał go deszczem, a rodzinne miasto powitało słońcem i złotą jesienią. Ojciec trzymał fason, nie tracił ducha.

Operacja się udała. Matka dniami i nocami dyżurowała przy łóżku męża, a Wojtek miał czas dla siebie. Niebezpieczeństwo minęło, mógł wracać do domu, do swoich dziewczyn, jak nazywał żonę i córkę.

Ze szpitala szedł pieszo. Nie miał się gdzie spieszyć. Strach o ojca opadł, nastrój się poprawił. Maszerował, szeleszcząc liśćmi pod butami, wdychając rześkie powietrze pachnące jesienią.

Przed nim zatrzymała się młoda kobieta. Pochyliła się nad wózkiem, poprawiając coś. Serce Wojtka zamarło, rozpoznało ją szybciej niż on sam.

„Cześć” – powiedział, podchodząc.

Elżbieta wyprostowała się, uśmiechnęła, poznała go. Wpatrywał się w jej wąską twarz, w przezroczystą skórę, przez którą wciąż prześwitywały niebieskawe żyłki, w ten sam smutny, nieobecny wzrok.

„Witaj. Do rodziców przyjechałeś? Na urlopie?” – zapytała.

„Tata w szpitalu, mieli operację.”

„Coś poważnego?” – W jej oczach przemknął niepokój.

„Wszystko w porządku. A ty? Twój?” – skinął na wózek.

„Mój.” – W tonie jej głosu Wojtek od razu wyczuł, że nie ma męża.

Zrobiło mu się tak żal, że miał ochotę wziąć jej twarz w dłonie i pocałować ją tu, na ulicy. Odprowadził ją do domu, wypytywał o dawnych kolegów. Opowiedział o sobie, nie czekając na jej pytania. Pomógł wnieść wózek do klatki. Elżbieta mieszkała w tym samym miejscu. Rodzice zostawili jej mieszkanie i przeprowadzili się na wieś, gdzie mieli dom.

„Wpadnij kiedyś” – rzuciła na pożegnanie.

Wojtek pomyślał, że mógłby teraz wejść za nią, ale milczał. Jak dawniej, była dla niego nieosiągalna. Nie potrafił po prostu wpaść na herbatę.

Następnego dnia z matką znów pojechali do szpitala. Ojciec wyglądał lepiej, nawet żartował. Matka została przy nim, a Wojtek kupił bukiet róż i pojechał do Elżbiety. Nie zdziwiła się, tylko poprosiła, by nie hałasował – córka spała.

„Głodny jesteś? Może herbaty?” – zaproponowała w kuchni, stawiając kwiaty w wazonie.

„Nie, dziękuję. Mama karmi mnie na umór.”

Bliskość Elżbiety w ciasnej kuchni działała na niego jak narkotyk. Znowu, jak kiedyś, czuł to samo drżenie i czułość. Elżbieta postawiła wazon na stole. Jej twarz znalazła się tak blisko, że Wojtek dostrzegł, jak na jej skroni pulsuje niebieskawa żyłka.

Nie wytrzymał, pochylił się i dotknął jej ustami. Elżbieta na moment zastygła, a potem odwróciła się do niego, objęła cienkimi ramionami jego szyję i przytuliła jak trzcina do potężnego pnia. Uniósł ją lekko i posadził na blacie…

Z pokoju dobiegł płacz dziecka. Elżbieta odepchnęła Wojtka, zeskoczyła ze stołu i pobiegła do córki. OWojtek wyprostował się, westchnął głęboko i wyszedł, zostawiając za sobą drzwi do przeszłości, której już nie potrzebował.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − 11 =

Niebieska żyła