Sprawiedliwa Umowa

**Sprawiedliwa umowa**

Krystyna odchodziła powoli i boleśnie. Jej wyczerpany organizm, zmęczony ciągłą chemioterapią, nie miał już siły walczyć z chorobą. Ona sama marzyła tylko o tym, by wreszcie uwolnić się od cierpień, które towarzyszyły jej przez ostatnie miesiące. Leki przeciwbólowe wprawiały ją w półsen – czasem wynurzała się na chwilę, jakby z toni wody, by zaraz znów pogrążyć się w kojącej mgle.

Zośka wracała ze szkoły, wchodziła do pokoju przesiąkniętego zapachem choroby i długo wpatrywała się w mamę. Ta nie przypominała już tej wesołej, śmiejącej się kobiety. Leżała z zamkniętymi powiekami, a dziewczynka śledziła napiętym wzrokiem ruchy kołdry – czy oddycha?

– Mamo. Mamo, słyszysz mnie? – wołała cicho.

Powoli Krystyna drgała powieką, ale nie miała już siły otworzyć oczu. Wtedy wchodziła babcia i zabierała Zośkę do kuchni.

– Chodź, słoneczko, zjemy coś, a potem odrobisz lekcje. Niech mama śpi.

– Ale ona ciągle śpi! Kiedy w końcu wyzdrowieje? Chcę, żeby było jak dawniej…

– Oj, dzieciątko, ja też tego pragnę – odpowiedziała babcia, stawiając przed wnuczką talerz gorących pierogów. Ukrywała łzy, które napływały jej do oczu.

*„Dlaczego tak niesprawiedliwie? Ja żyję, a moje dziecko odchodzi. I nic nie mogę zrobić. Tyle modlitw, tyle wypalonych świec… Czym zasłużyłam na taką karę?”* – myślała, wzdychając ciężko.

Krystyna zmarła nad ranem. Wanda wstała około trzeciej, by skorzystać z toalety, i zajrzała do pokoju córki. Leżała nieruchomo, ale wciąż oddychała. Babcia wiedziała to na pewno. Potem wróciła do łóżka, długo nie mogła zasnąć, a gdy w końcu się udało, przyśniła jej się mała Krysia – śmiała się, machała rączką i uciekała, co chwilę oglądając się za siebie. *„Stój! Dokąd? Wracaj!”* – krzyczała we śnie Wanda i nagle się obudziła.

Natychmiast wstała i poszła do córki. Leżała spokojna, obca. Babcia zamknęła drzwi. W kuchni zagotowała wodę, podgrzała dla Zośki placki ziemniaczane i dopiero wtedy ją obudziła.

Dziewczynka zjadła śniadanie, ubrała mundurek i poszła pożegnać się z mamą. Przed szkołą zawsze to robiła.

– Nie wchodź, niech śpi – powiedziała Wanda. – Weź lepiej jabłko do plecaka. Podała jej rumiane jabłko.

Szły razem, a babcia ledwie słuchała, co mówi Zośka.

– Co się stało? Jakaś jesteś dziś… – zauważyła dziewczynka.

– Źle spałam, niewyspana jestem – wyjaśniła Wanda.

Po powrocie od razu zadzwoniła po pogotowie.

– Kiedy zmarła? Dlaczego dopiero teraz? – pytała surowo lekarka.

– Wnuczkę do szkoły odprowadzałam. Nie chciałam, żeby to widziała…

Potem czekała na karetkę. Na szczęście przyjechali szybko i zabrali Krystynę, zanim Zośka wróciła. Przez całą drogę do szkoły Wanda myślała, jak jej powiedzieć, że mamy już nie ma, ale nie znalazła słów. A w domu zagapiła się i Zośka wpadła do pokoju matki.

– Gdzie mama? – odwróciła się do babci.

Wanda była zmęczona pytaniami, zmartwieniami. Powiedziała pierwsze, co przyszło jej do głowy:

– Zawieźli ją do szpitala. – Odwróciła wzrok.

Dziewczynka chyba coś przeczuła albo obraziła się, że babcia jej nie uprzedziła. Odmówiła kolacji, wtuliła się w róg kanapy i patrzyła przez okno. Wanda nie miała siły jej pocieszać. Kto miał pocieszyć ją samą? Zamknęła się w łazience, odkręciła wodę i zadzwoniła do Jacka, byłego męża Krystyny. Numer znalazła w jej telefonie.

– Czego chcesz? – rzucił zirytowany, myśląc, że to Krystyna.

– Wanda Kowalska. Twoja żona nie żyje. Czy mógłbyś wziąć Zośkę na kilka dni? Powiedziałam, że mamę zabrali do szpitala… Muszę tyle załatwić, a nie mam siły powiedzieć jej prawdy.

– No dobra, przyjadę – odparł już spokojniej.

Po pół godzinie dzwonił do drzwi. Zośka, choć urażona na babcię, ucieszyła się na widok taty.

– Jak leci? – usiadł obok niej. – Szkoła nie męczy?

– Nie – odpowiedziała. – Mamę zabrali do szpitala, a babcia nie chce tam jechać – poskarżyła się.

– Pewnie nie wolno teraz odwiedzać. Ale chciałem cię zabrać gdzieś. Może do parku, na lody, do kina…

– Naprawdę? – Zośka rozpromieniała.

Tymczasem Wanda pakowała jej rzeczy. Gdy wychodzili, wcisnęła Jackowi torbę. Po ich wyjściu pojechała do szpitala. Tyle spraw, tyle formalności…

Organizacja pogrzebu wykończyła Wandę. Wieczorem ledwo trzymała się na nogach. Nie miała nawet siły płakać. A do tego bolało serce. *„Tylko wytrzymaj. Tylko się nie złam”* – powtarzała, łykając tabletkę za tabletką.

Po pogrzebie zadzwonił Jacek i zapytał, kiedy przywieźć Zośkę.

– Już ci się znudziła? – chciała powiedzieć złośliwie, ale wyszło tylko żałośnie.

– Tęskni. Przyjedziemy. Musimy porozmawiać.

Serce ścisnęło się z niepokoju. *„Co jeszcze? Jakiej niedoli mam się spodziewać?”* Wstała, zagotowała wodę, wyjęła z lodówki talerze z resztkami z stypy – wędliny, kluski, niedopitą butelkę wódki. Niech wypije za duszyczkę, przecież to mąż, choć były.

Gdy zobaczyła Zośkę, rozpłakała się. Zrozumiała, jak bardzo za nią tęskniła. Dziewczynka przytuliła się mocno.

– Chodź, są kluski, kompot zrobiłam.

Usiedli do stołu. Jacek od razu sięgnął po wódkę, nalał pełną szklankę. Chciał wznieść toast, ale złapał ostrzegawcze spojrzenie Wandy i zamilkł. Wychylił duszkiem. Potem babcia poprosiła Zosię, by poszła do pokoju – muszą porozmawiać z tatą. Dziewczynka wyszła, niechętnie, a Wanda zamknęła drzwi.

– No to oWanda zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i postanowiła, że choć życie nie oszczędzało jej ciosów, będzie walczyć o szczęście Zośki aż do końca.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 − dwanaście =

Sprawiedliwa Umowa