Awans na wyżyny!

**Awans**

No i jak to bywa z awansami – różnie się je zdobywa. Jedni zasłużyli ciężką pracą, inni podkupili szefa, a jeszcze inni pojechali z nim w delegację.

Wiadomość, że po przejściu na emeryturę Piotra Kazimierza w końcu mianowano nowego dyrektora, i to spoza firmy, wywróciła wszystkich do góry nogami. Nadzieje, że następcą zostanie Eugeniusz Wojciechowski, który od dwóch tygodni pełnił obowiązki dyrektora, legły w gruzach. Każdy przekazywał wieść, dodając swoje trzy grosze: młoda kobieta, przystojna laska, wredna suka, kochanka tego od… Imienia ważnego szefa nie wymieniano. Jak to mówią – nie wywołuj wilka z lasu.

O dziesiątej rano cały zespół zebrał się w sali konferencyjnej na spotkanie z nową szefową. Tomek wszedł ostatni. Jak na komendę wszyscy odwrócili się w jego stronę.

Przed salą stała młoda kobieta z gładko zaczesanymi do tyłu włosami. Garnitur leżał na niej idealnie, jak druga skóra. Smukłe nogi, wysokie szpilki, intensywna szminka i chłodne, niewzruszone spojrzenie dopełniały obrazu.

— Jak pan się nazywa? — Jej głos w ciszy sali zabrzmiał jak pęknięta struna.

— Tomasz Zalewski, Tomek — odpowiedział śmiało, ale spokojnie, lekko pochylając głowę. Można było pomyśleć, że zaraz się ukłoni. Ale nie, obyło się.

— Spóźnił się pan, panie Tomaszu, a właśnie mówiłam, że spóźnienia są niedopuszczalne. Tym razem panu wybaczam. Proszę usiąść. — Metal w jej głosie sprawił, że niejednemu w sali zgrzytnęły zęby.

Tomek usiadł obok swojego przyjaciela i kolegi, Krzysztofa.

— No co, wściekła się? — szepnął.

— To mało powiedziane — odparł cicho Krzysiek. — To nie kobieta, tylko robot, i chce z nas zrobić takie same maszyny.

Wszyscy przedstawiali się po kolei, krótko opowiadając o swojej pracy. Po uwagach i pytaniach nowej dyrektor stało się jasne, że doskonale zna działalność firmy. Gdy przyszła kolej na Tomka, nagle podziękowała wszystkim i pozwoliła wrócić do pracy.

— Oho — zaśmiał się Krzysiek. — Nie zazdroszczę ci.

— Oj, daj spokój, lećmy do roboty, zanim nas nie wyrzuci — odparł Tomek.

Wychodząc z sali, wszyscy dyskutowali, jakich zmian można się spodziewać.

Przez dwa tygodnie każdy przychodził na czas, kawę pili tylko w przerwie obiadowej, a papierosy palili szybko i bez przyjemności. Ale, jak wiadomo, nawyków latami wyrobionych nie zmienisz w dwa tygodnie. Wkrótce wszystko wróciło do normy: spóźnienia, papierosy, ciągłe bieganie po kawę. Ale bez przesady.

Pod koniec trzeciego tygodnia sekretarka podeszła do biurka Tomka i powiedziała, że Joanna Marcinowska wzywa go do swojego gabinetu.

— Proszę usiąść — wskazała krzesło przed sobą. — Podoba mi się, jak pan pracuje. Skutecznie, bez zamętu. Dlaczego wciąż jest pan zwykłym pracownikiem? Miał pan zatargi z moim poprzednikiem?

— Nie — Tomek nie rozumiał, do czego ona zmierza.

— Kierownik pana działu przechodzi za rok na emeryturę. Myślę, że czas zacząć szukać następcy. — Joanna wpatrywała się w niego.

Wytrzymał jej wzrok.

— Poradziłby pan sobie nie gorzej niż ona — ciągnęła, kręcąc w palcach długopisem. — W piątek w Warszawie jest targi nowoczesnego sprzętu. Proszę pojechać, rozejrzeć się, przemyśleć. Czekam na raport. Zaliczka i bilety w księgowości.

— Ale piątek to już jutro — Tomek wyglądał na zmartwionego.

— Wiem. Wrócicie w niedzielę. Ma pan zastrzeżenia?

Tomek wzruszył ramionami. Nie powie przecież, że obiecał synowi wyjść w weekend do wesołego miasteczka. Jaś czekał na to dwa tygodnie. Że żona prawdopodobnie nie uwierzy, że jedzie na targi, a nie na imprezę. Ale co tam…

***

— Tato, przecież obiecałeś — jęczał Jaś płaczliwym głosem.

— Myślisz, że mi się chce jechać? Ale praca to praca. Na pewno pójdziemy za tydzień. W niedzielę wrócę, przywiozę ci… A właściwie, co mam ci przywieźć?

— Transformersa! — Jaś już się uśmiechał.

— Umowa stoi — Tomek poklepał go po głowie.

— A niby nikt inny nie mógł jechać? Dziwna ta delegacja. W weekend. — Ania składała jego koszule do walizki.

— To po to, żeby więcej osób mogło pojechać bez strat dla firmy. Nowa szefowa pytała, dlaczego wciąż jestem szeregowym pracownikiem. Może po tej wycieczce zaproponuje awans — dodał z dumą.

— Najwyższy czas. A ona jest ładna? — niespodziewanie spytała Ania.

Nie oszukał jej obojętny ton, pod którym kryła się zazdrość.

— Kto? — Udawał, że nie rozumie.

— Twoja nowa szefowa. — Żona gwałtownie zamknęła walizkę.

— Ładna i zimna jak lód. Wielu nazywa ją robotem — odparł Tomek, myśląc w duchu, że ta podróż wygląda podejrzanie, jakby szykował się na randkę: szczoteczka do zębów, koszule, maszynka.

W samolocie pasażerowie układali kurtki i torby na półkach. Tomek spojrzał w okno. Przypomniały mu się słowa piosenki Stachury. Samoloty naprawdę są jak śpiące ptaki.

Rozluźnił się. W sumie fajnie polecieć do Warszawy zamiast siedzieć w nudnym biurze. Tym bardziej że dawno nigdzie nie latał, a już na pewno nie sam. „Więc korzystaj i ciesz się wolnością” — rozkazał sobie i przymknął oczy.

— Dzień dobry, panie Tomaszu. — Rozległ się obok znajomy głos ze stalowym posmakiem.

Tomek otworzył oczy i odwrócił głowę. W sąsiednim fotelu siedziała sama Joanna Marcinowska.

„Ciekawe. Bała się wysłać mnie samego, czy od początku planowała lecieć ze mną? W co ona gra? Pewnie w księgowości wiedzą, że ma bilety na ten sam lot. Plotki polecą…”

— Niech się pan nie dziwi. Wygląda pan, jakby zobaczył żonę. — Kąciki jej ust drgnęły w pseudo-uśmiechu.

Tomek nie docenił żartu. Zauważył, że jest ubrana mniej formalnie i wygląda świetnie. Gdy reszTomek spojrzał na nią, uśmiechnął się spokojnie i powiedział: „Dziękuję za zaufanie, ale moja rodzina jest dla mnie najważniejsza, więc wybrałem ich, nie karierę.”

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + 4 =

Awans na wyżyny!