10 stycznia
Patrzyłam dziś przez okno. Na placu zabaw bawiły się dzieci, a ich matki, stojąc nieopodal, żywo dyskutowały, jednocześnie pilnując maluchów. Ławka pod blokiem była już przyprószona śniegiem.
Włożyłam czarne buty, brązowy płaszcz, dopasowaną do niego wełnianą czapkę i wzięłam czarną skórzaną torebkę. Wyjrzałam na korytarz, nasłuchując, czy przypadkiem nikt nie idzie. Zamknęłam drzwi i zeszłam po schodach.
Z daleka można by pomyśleć, że jestem staruszką. Dopiero z bliska widać, że mam nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Twarz niewyraźna, małe oczy, wąskie usta. Spojrzysz i zaraz zapomnisz.
Przeprowadziłam się tu prawie ćwierć wieku temu. Od tamtej pory nikogo nie dopuszczałam do siebie. Sąsiedzi, jak to początkowo bywa, przychodzili po drobne przysługi – pożyczyć cebulę, szklankę mąki, gdy nie było czasu biec do sklepu. Otwierałam drzwi na łańcuch, jeśli w ogóle otwierałam, mówiłam, że nic nie mam, i zamykałam się na klucz. W końcu przestali przychodzić.
Nikt u mnie nie bywał. Żyłam jak pustelnica, dlatego tak się bałam ludzi i świata.
Miałam jednak rodzinę. W małym miasteczku żyła moja młodsza siostra z mężem i dziećmi. Ale nie utrzymywałyśmy kontaktu. Może dlatego, że to ona dostała całą urodę? Któż to wie?
Obcy w moim mieszkaniu to rzadkość. Co najwyżej hydraulik albo gazownik na kontrolę. Zawsze prosiłam o legitymację, dokładnie ją sprawdzałam, a czasem nawet dzwoniłam do firmy, by potwierdzić tożsamość.
Nikomu nie zrobiłam krzywdy. Nie plotkowałam, nie obgadywałam, bo i z kim? Kiwałam głową na powitanie i szłam dalej, patrząc w ziemię.
Za plecami nazywali mnie „starą panną” albo „szarą myszką”. Całe życie pracowałam w jednej firmie jako księgowa. Siedziałam nad papierami z surową miną, ale pracę wykonywałam sumiennie. Chodziłam zawsze w ciemnej sukience, z gładko zaczesanymi włosami spiętymi w ciasny kok.
Około trzydziestki zapragnęłam dziecka. I wtedy pojawił się on – kierowca Wiesław. Czasem wpadał do mnie. Kupowałam mu koszule, których nigdy nie zabierał, zostawiał je u mnie. Był żonaty.
Czy żona się dowiedziała, czy może któryś z „życzliwych” kolegów mu podpowiedział – dość, że po dwóch miesiącach Wiesław nagle zniknął. A ja nie zaszłam w ciążę. To była moja jedyna miłość.
Szybko pogodziłam się z myślą, że tak lepiej. Samotne macierzyństwo to ciężar. A po co ma się męczyć na świecie kolejna brzydka, samotna dusza, taka jak ja?
Pewnego dnia w sklepie nabrałam pełną reklamówkę zakupów. PodeszPodszedł mężczyzna i zaproponował pomoc w niesieniu, ale pokręciłam głową i spojrzałam tak zimno, że natychmiast się oddalił.



