Porozmawiajmy, synu

W ostatni dzień świątecznych ferii przyjaciele postanowili wybrać się na lodowisko. Nagłe mrozy nieco zelżały. Niskie, ale ostre słońce oślepiało, dając nadzieję na zbliżającą się wiosnę. Dni powoli stawały się dłuższe.

Krzysztof i Tomek nie byli jedynymi, którzy chcieli zrzucić kilogramy nabrane podczas świąt. Na lodowisku roiło się od ludzi. Słońce świeciło, mroźne powietrze orzeźwiało, a muzyka z głośników poprawiała humory.

Gdy wyszli na lód, zaczęli przyspieszać, wymijając innych łyżwiarzy. Naostrzone łyżwy ślizgały się po nierównym lodzie. W tym roku byli tu po raz pierwszy – wcześniej śnieg zasypywał ślizgawkę, potem przyszła odwilż, a lód zrobił się miękki i pełen kałuż. Dopiero po Bożym Narodzeniu mogli w końcu tu przyjść.

Po dwóch okrążeniach dla rozgrzewki zaczęli się wygłupiać. Tomek zauważył dziewczynę w białej kurtce i takim samym puszystym czepku z pomponem. Niepewnie stała na łyżwach, kurczowo trzymając się barierki. Widać było, że ledwo utrzymuje równowagę – pewnie pierwszy raz miała łyżwy na nogach.

Nogi jej się rozjeżdżały, kostki wykręcały na boki. Gdyby nie kurczowy chwyt przy bandzie, dawno by upadła i pewnie nie dałaby rady wstać. Tomkowi zrobiło się zarówno śmiesznie, jak i żal.

Rozejrzał się za Krzysztofem, ale ten właśnie flirtował z jakimiś dziewczynami. Tomek podjechał do bandy.

— Chcesz, żebym cię nauczył jeździć? To nie takie trudne. Trzeba tylko znać podstawy.

Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć. Jej prawa noga wysunęła się do przodu i omal nie przewróciła się do tyłu. Tomek złapał ją w ostatniej chwili.

— Dzięki… — szepnęła.

Jej głos zabrzmiał dla niego jak czary, a dotyk sprawił, że przeszły go ciarki. Serce zabiło mocniej, radośnie i niespokojnie.

— Nie bój się. Puść bandę, inaczej nigdy się nie nauczysz. Trzymaj się mnie. — Wyciągnął do niej dłoń.

— Boję się… — pisnęła przestraszona.

— Niestety, lód jest śliski i upadki się zdarzają. Ale postaram się ciebie nie upuścić. No dalej — nalegał Tomek.

Dziewczyna złapała go za rękę, ale druga dłoń wciąż kurczowo ściskała barierkę.

— Tak, dobrze — dopingował ją. — Teraz odepchnij się jedną nogą i jedź na drugiej. Nie stawiaj palców, bo się wywrócisz! Brawo. Złącz nogi. Teraz odepchnij się drugą… — tłumaczył, mocno trzymając jej dłoń.

Dziewczyna posłusznie zrobiła kilka ostrożnych ruchów. W końcu puściła bandę. To nie było jeszcze prawdziwe łyżwiarstwo, ale Tomek szczerze ją chwalił.

— Świetnie ci idzie! Rozluźnij nogi, lekko ugnij kolana. A teraz spróbuj płynnie jechać, nie stąpać.

Jej oczy błyszczały radością. Rozśmiała się, a dźwięk tego śmiechu sprawił, że serce Tomka podskoczyło, a skórę znów pokryły ciarki.

Dziewczyna odważyła się na dłuższy ślizg, ale potknęła się o ząb łyżwy i byłaby upadła, gdyby znów nie złapał jej w powietrzu.

— Nic się nie stało. Tylko nie rób tak gwałtownie…

Posuwali się powoli wzdłuż bandy.

— Dość… Nie dam rady. Nogi mi się trzęsą — jęknęła.

— Na pierwszy raz wystarczy. Jutro będzie cię bolało. Następnym razem pójdzie lepiej. Jestem z ciebie dumny. Chodź, odprowadzę cię do szatni. Mam na imię Tomek. — Zerkał na jej profil.

Rumieńce na policzkach, oczy jak turkusy, usta rozchylone… W piersi poczuł przyjemne, rozlewające się ciepło. Nigdy wcześniej tak nie miał.

— Kinga — przedstawiła się.

Dźwięk jej imienia, pachnącego jak lato, sprawił, że zakręciło mu się w głowie.

Widać było, że jest wykończona. Całym ciężarem wspierała się na jego ramieniu. I tak właśnie chciał iść — powoli, czując jej ciężar, słysząc przerywany oddech, widząc kłęby pary unoszące się z jej ust…

Dotarli do szatni, a Kinga osunęła się na ławkę, wyciągając zdrętwiałe nogi.

— Podaj numer, przyniosę ci rzeczy — powiedział ochrypłym głosem.

— Tam są też buty. — Podała mu żeton.

— Pomóc zdjąć łyżwy? — spytał, gdy wrócił z torbą.

Spojrzała na niego niebieskimi oczami tak intensywnie, że poczuł jakby iskry przeszły mu po plecach.

— Dam radę. — Pochyliła się, by rozsznurować buty.

Tomek stał jak wryty, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

— A ty gdzieś się zawieruszyłeś! — Rozległ się za nim głos Krzysztofa. — Szukałem cię. Jak idzie?

— Na pierwszy raz rewelacyjnie — odparł Tomek. — To mój przyjaciel Krzysztof. A to Kinga.

— Ładna — szepnął Krzysztof na ucho Tomkowi i mrugnął. — Jedziemy dalej?

— Jedź, jeśli chcesz. Masz tam towarzystwo. Ja odprowadzę Kingę.

— Nie trzeba… — Dziewczyna już zmieniała buty.

— On po prostu nie chce się z tobą rozstać — zaśmiał się zdradziecki Krzysztof.

— Nie chcę — przyznał się Tomek. — Może pójdziemy na kawę? Coś ciepłego, żeby się rozgrzać? — Patrzył na nią błagalnie.

Bez łyżew była jeszcze drobniejsza i krucha. Kinga uśmiechnęła się. Jego serce znów podskoczyło do gardła.

— No dobra, Krzysztof, idziemy. Może do nas dołączysz? — Rzucił koledze przepraszające spojrzenie.

— Na łyżwach pójdziesz? — zaśmiał się Krzysztof.

Tomek zawstydził się i pobiegł po swoje buty. Niósł torbę Kingi i swoją. Wyszli z parku, przeszli kilka ulic i weszli do małej kawiarni z ciepłym światłem i gałązkami świerkowymi w wazonach. Gdy siadali, Kinga skrzywiła się.

— Coś cię boli? — natychmiast zapytał.

— Noga. Przewróciłam się.

Tomek domyślił się, że pewnie lądowała na pośladkach, ale tego nie powiedziałTomek i Kinga wzięli ślub następnego lata, a gdy pewnego wieczoru ich córeczka pierwszy raz stanęła na lodowisku, ojciec tylko się uśmiechnął i mocno ścisnął dłoń żony.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 1 =

Porozmawiajmy, synu