Nieudany zabieg

Nieudana operacja

Jakub nie wyszedł, tylko wywalił się z samochodu. Tylko trzy rutynowe operacje, a czuł się, jakby całą zmianę dźwigał worki cementu. Plecy bolały, w głowie szum, a oczy piekły jak po nieprzespanej nocy.

W domu zwalił się na kanapę, nawet nie rozbierając się. Zamknął oczy i natychmiast zapadł w sen. Obudził go dźwięk telefonu — wkurzająco radosna melodia wwiercała się w mózg. Szyja zdrętwiała od niewygodnej pozycji, a on nie miał siły wstać. „Cholera. Chyba jestem chory” — pomyślał i z wysiłkiem otworzył oczy.

Telefon milkł na chwilę, by zaraz znów wybuchnąć tą samą irytującą melodią. „Trzeba było ją zmienić”. Jakub niechętnie wyciągnął komórkę z kieszeni kurtki.

— Tak? — ochrypłym od snu głosem odpowiedział. Odchrząknął. — Tak — powtórzył już mocniej.

— Kuba, jestem na lotnisku. Samolot za godzinę. Ojciec w szpitalu, zawał. Podmienisz mnie, co? Nie mam kogo innego prosić — usłyszał w słuchawce głos kolegi i przyjaciela, Marka Kowalskiego.

— Ja… nie czuję się najlepiej. Rozkładam się. Zadzwoń do Darka.

— No weź! Kawy się napij, weź coś na przeziębienie. U Darka żona, wiesz jak jest, nadgodziny potraktuje jak zdradę. Paweł to jeszcze świeżak. Nowak dwóch dyżurów z rzędu nie pociągnie, już nie ten wiek. Wracam pojutrze. Wyciągniesz mnie? Odbiorę ci zmianę.

„Czyli zdychaj, ale przyjaciela ratuj. Akurat teraz” — przemknęło Jakubowi przez myśl.

— Dobrze — westchnął ciężko.

— Co mówiłeś? — doprecyzował Marek.

— Mówię, że zastąpię cię. Szczęśliwej podróży.

— Jesteś prawdziwym przyjacielem! Ja ci… — Marek zaczął coś szybko mówić, ale Jakub nie słuchał. Rozłączył się.

Do nocnej zmiany został czas. Wziął prysznic, ogolił się, wypił mocnej kawy. Trochę mu ulżyło. Nie chciało mu się wracać do szpitala, z którego ledwo wyszedł. „Jakoś to będzie. Może będzie spokojnie” — pomyślał i zaczął się ubierać.

Przez kilka godzin na oddziale panowała cisza. Sen ciążył powiekami, głowa bezwładnie opadała na stół. Jakub potrząsnął nią, próbując otrząsnąć się z otępienia. Kolejna kawa pomogła tylko na chwilę.

— Jakub Ignacewicz — usłyszał zduszony głos z oddali.
Ktoś potrząsnął jego ramieniem.

Zasnął. Podniósł głowę znad stołu. Przed nim stała pielęgniarka Weronika.

— Jakub Ignacewicz, przywieźli chłopca…

— Tak, zaraz schodzę — powiedział, otrząsając resztki snu.

Jakub opłukał twarz zimną wodą, zagrzał czajnik, wsypał do kubka dwie łyżki kawy, zawahał się i dosypał trzecią. Poparzył się, pijąc, poprawił czepek i ruszył na dół, na izbę przyjęć.

Dwunastoletni chłopiec leżał skulony na łóżku. Jakub ostrożnie go obejrzał.

— Pani jest matką? — zwrócił się do bladej, wychudzonej kobiety.

— Co z nim, doktorze? — podniosła na niego ogromne, przerażone oczy.

— Dlaczego wcześniej nie wezwaliście pogotowia? — zapytał ostro, z naganiem.

— Ja… wróciłam z pracy, syn odrabiał lekcje. Potem zwymiotował. Gorączka wzrosła. Ukrywał, że boli go brzuch od kilku dni. Co z nim? — złapała go za rękę, głos łamiąc się ze strachu.

— Weronika, wózek! — krzyknął, nie odrywając wzroku od jej bladej twarzy. Wyrwał rękę. — Proszę podpisać zgodę na operację. — Podsunął jej formularz.

— Operację? To zapalenie wyrostka? — spytała.

— Zapalenie otrzewnej. — Spojrzał na nią ze współczuciem.

W jej oczach zamarł horror.

— Proszę podpisać. Nie ma czasu — powtórzył.

Podpisała bez czytania i znów złapała go za rękę.

— Doktorze, uratuj mojego syna!

— Zrobię, co w mojej mocy. Proszę nie przeszkadzać.

Weronika już toczyła wózek. Przenieśli chłopca i ruszyli do windy. W pustym korytarzu echo niosło ich pośpieszne kroki i skrzypienie zużytych kół.

Kobieta nie odstępowała, mówiła coś, ale Jakub nie słuchał. Myślał tylko o operacji.

Gdy wszedł na salę operacyjną, chłopiec już leżał znieczulony. Wszystko inne przestało się liczyć. Ręce działały automatycznie, umysł był skupiony. Operacja trwała już drugą godzinę. Na moment przymknął zmęczone oczy, ale krzyk Weroniki przywołał go do rzeczywistości.

Krew trysnęła spod jego palców, zalewając pole operacyjne.

— Ciśnienie spada! — krzyknął anestezjolog.

Jakub powoli wyszedł z sali. Spocona koszula przykleiła się do pleców. Nogi drżały ze zmęczenia i napięcia. Oparł się o zimną ścianę. W jego stronę biegła jakaś kobieta. „Matka” — zrozumiał.

Zatrzymała się o krok od niego, jakby uderzyła w niewidzialną ścianę.
Twarz blada, oczy ogromne, zmęczone strachem i oczekiwaniem.

Jakub odwrócił wzrok. Kobieta westchnęła — czy może łkała? — zakryła usta dłonią i zachwiała się. Złapał ją, zanim upadła, i posadził na krześle.

— Weronika, amoniak! — krzyknął w pusty korytarz.

Pielęgniarka przybiegła z flakonem, podsunęła jej zwilżoną wacikiem dłoń. Kobieta odchyliła głowę, odepchnęła rękę i otworzyła oczy.

— Wszystko w porządku? — Jakub wpatrywał się w jej bladą twarz.

Nie odpowiedziała. Powoli wstała i odeszła korytarzem. Jakub patrzył za nią. „Tylko kobieta potrafi tak… wytrzymać” — pomyślał.

W pokoju lekarskim długo siedział, opierając głowę na dłoniach. Potem zaczął spisywać przebieg operacji. Szczerze.

— Jakub… Ignacewicz… — Weronika stanęła w drzwiach.

— Co jeszcze? — warknął, nie podnosząc głowy.

— To nie pana wina, że chłopiec umarł — szepnęła.

— Zrób kPo miesiącu Jakub i Natalia stali na cmentarzu przy grobie chłopca, trzymając się za ręce, a pierwszy śnieg zacierał ślady ich samotnieGdy Jakub poczuł, jak jej dłoń zaciska się w jego dłoni, zrozumiał, że choć nie mogą cofnąć czasu, to przynajmniej mogą iść dalej razem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 5 =

Nieudany zabieg