Operacja bez sukcesu

Nieudana operacja

Wiktor nie wyszedł, a wywalił się z samochodu. Choć odbył tylko trzy rutynowe operacje, czuł się, jakby całą zmianę dźwigał worki z cementem. Plecy bolały, głowa huczała, a w oczach mógłby zapalić zapałki.

W domu padł na kanapę, nie rozbierając się, zamknął oczy i momentalnie zapadł w sen. Obudziła go drażniąca melodia telefonu, która wkręcała się w mózg. Od niewygodnej pozycji sztywniał mu kark, nie miał siły wstać. *„Cholera. Chyba rozchorowałem się”* — pomyślał Wiktor i z trudem rozkleił powieki.

Telefon milkł na chwilę, by zaraz znów wybuchnąć tą samą irytującą piosenką. *„Od dawna powinienem był ją zmienić”*. Niechętnie wyciągnął komórkę z kieszeni kurtki.

— Tak — odpowiedział ochrypłym od snu głosem. Odchrząknął. — Tak — powtórzył twardo.

— Wiktor, jestem na lotnisku. Samolot za godzinę. Tata leży w szpitalu po zawale. Wybaw mnie, zastąp, dobrze? Nie mam komu więcej prosić — usłyszał w słuchawce głos kolegi i przyjaciela, Marka Nowaka.

— Nie czuję się najlepiej. Rozchorowałem się. Zadzwoń do Jarka.

— Daj spokój. Wypij kawę, weź coś na wirusy. Jarkowa żona, sam wiesz, uznałaby nadgodziny za zdradę. Adam jeszcze za zielony. Doktor Kowalski dwóch zmian z rzędu nie pociągnie, nie ten wiek. Wracam pojutrze. Wyciągniesz mnie? Odbębnę za ciebie.

*„Czyli zdychaj, ale przyjaciela ratuj. Jak na złość”* — przemknęło przez myśl Wiktorowi.

— Dobrze — westchnął ciężko.

— Co powiedziałeś? — doprecyzował Marek.

— Mówię, że zastąpię. Szczęśliwej podróży.

— Jesteś prawdziwym przyjacielem. Ja za ciebie… — zaczął z zapałem Marek, ale Wiktor nie słuchał dalej, rozłączył się.

Do nocnego dyżuru miał jeszcze czas. Wziął prysznic, ogolił się, wypił mocnej kawy. Odrobinę odżył. Myśl o powrocie do szpitala, który opuścił ledwie parę godzin wcześniej, nie napawała radością. *„Dam radę. Może będzie spokojnie”* — pomyślał i zaczął się ubierać.

Pierwsze godziny na oddziale były rzeczywiście ciche. Nie do zniesienia ciążyły mu powieki, ciężka głowa opadała na stół. Wiktor potrząsnął nią, otrząsając się z otępienia. Kolejna filiżanka kawy pomogła na krótko.

— Wiktorze Stanisławowiczu — usłyszał głos z oddali.
Ktoś potrząsał jego ramieniem.

Zasnął. Uniósł głowę znad stołu. Przed nim stała pielęgniarka Halina.

— Wiktorze Stanisławowiczu, przywieźli chłopca…

— Zaraz zejdę — powiedział, zrzucając z siebie resztki snu.

Wiktor opłukał twarz zimną wodą, podczas gdy czajnik się grzał, wsypał do kubka dwie łyżki kawy, zastanowił się i dosypał trzecią. Poparzył się, pijąc gorący napój, poprawił czepek i ruszył na dół, do izby przyjęć.

Dwunastoletni chłopiec leżał skulony na kozetce. Wiktor ostrożnie go zbadał.

— Jest pani matką? — zwrócił się do bladej, drobnej kobiety.

— Co z nim, doktorze? — podniosła na niego ogromne oczy.

— Dlaczego wcześniej nie wezwano karetki? — zapytał ostro, z wyrzutem.

— Wróciłam z pracy, syn odrabiał lekcje. Potem zwymiotował. Temperatura poszła w górę. Ukrywał, że boli go brzuch od kilku dni. Co z nim? — schwyciła go za rękę, pełna lęku.

— Halina, wózek! — krzyknął, nie odrywając wzroku od jej bladej twarzy. Wyrwał rękę z jej kurczowego uścisku. — Proszę podpisać zgodę na operację. — Wziął z biurka formularz i podał jej.

— Operację? To zapalenie wyrostka? — spytała.

— Zapalenie otrzewnej. — Wiktor spojrzał na nią ze współczuciem.

W jej szerokich oczach zamarł strach.

— Proszę podpisać. Nie ma czasu — powtórzył.

Podpisała bez czytania i znów chwyciła go za rękę.

— Doktorze, ratuj mojego syna!

— Zrobię, co w mojej mocy. Proszę nie przeszkadzać.

Halina już podjechała z wózkiem. Razem przenieśli na niego chłopca i ruszyli w stronę windy. W pustym korytarzu rozlegały się ich pośpieszne kroki i skrzypienie zużytych kół.

Kobieta nie odstępowała, mówiła coś, ale Wiktor nie słuchał, myśląc o operacji.

Gdy wszedł na salę operacyjną, chłopiec leżał już znieczulony. Wszystko zeszło na dalszy plan. Rękoma wykonywał znane ruchy, umysł pracował precyzyjnie. Operacja trwała już drugą godzinę. Na moment przymknął zmęczone oczy, aż krzyk Haliny przywołał go do rzeczywistości.

Spod jego palców tryskała krew, zalewając pole operacyjne.

— Ciśnienie spada… — dobiegł głos anestezjologa.

Wiktor powoli wyszedł z sali. Spocona koszula przykleiła się do pleców. Nogi drżały ze zmęczenia i napięcia. Oparł się plecami o chłodną ścianę. Ku niemu biegła jakaś kobieta. *„Matka”* — zrozumiał.

Zatrzymała się o krok od niego, jakby natrafiła na niewidzialną ścianę.
Twarz blada, oczy ogromne, zmęczone strachem i oczekiwaniem.

Wiktor odwrócił wzrok. Kobieta westchnęła — albo łkała — zakryła usta dłonią i zachwiała się. Złapał ją, zanim upadła, i posadził na krześle przy drzwiach.

— Halina, amoniak! — krzyknął w pusty korytarz.

Halina podbiegła z flakonem, podsunęła zwilżony wacik pod nos kobiety. Matka chłopca odchyliła głowę, odtrąciła rękę pielęgniarki i otworzyła oczy.

— W porządku? — Wiktor wpatrywał się w jej bladą twarz.

Nie odpowiedziała. Powoli wstała i odeszła w głąb szpitalnego korytarza. Wiktor patrzył za nią. *„Tylko kobieta potrafi tak… znosić wszystko”* — pomyślał.

W pokoju lekarskim długo siedział, opierając głowę na dłoniach. Potem zaczął spisywać przebieg operacji. Szczerze.

— WikWiktor spojrzał w okno, gdzie pierwsze promienie wiosennego słońca topiły resztki śniegu, i uświadomił sobie, że nawet po najciemniejszej nocy przychodzi nowy dzień.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − pięć =

Operacja bez sukcesu