Szczeniak

Dzisiaj znów zapisuję swoje myśli, bo nie wiem, do kogo innego mogłabym się zwrócić. Żyjemy z Jurkiem sami, we dwoje. Ojciec? Cóż, oczywiście, że jest, tylko dla nas zupełnie niepotrzebny. Na razie Jurek nie pyta o niego – w przedszkolu ważniejsze są zabawki niż rozważania, czy tata jest, czy go nie ma.

Kiedyś myślałam, że lepiej, żeby Jurek nigdy nie dowiedział się, jak bardzo pokochałam jego ojca. Gdy tylko powiedziałam mu o ciąży, okazało się, że jest żonaty. Miał „problemy małżeńskie”, ale nie mógł odejść, bo jej ojciec był jego szefem. Bez pracy zostałby z pustymi kieszeniami, a czy taki mężczyzna byłby mi potrzebny? Poradził mi, żebym „pozbyła się problemu”, bo alimentów i tak bym nie dostała. Gdybym się uparła – „tym gorzej dla mnie”.

Nie narzucałam się. Zniknęłam z jego życia i wychowywałam Jurka sama. Chłopiec wyrósł na dobrego człowieka i to mi wystarczało.

Pracuję jako nauczycielka w szkole podstawowej, a pięcioletni Jurek chodzi do przedszkola. Nikogo więcej nam nie potrzeba.

Po Nowym Roku w szkole pojawił się nowy wuefista – wysoki, wysportowany, zawsze uśmiechnięty. Większość grona pedagogicznego, zwłaszcza samotne nauczycielki, natychmiast rzuciły się na niego jak wrony na świeże mięso. Tylko ja nie patrzyłam w jego stronę, nie śmiałam się z jego żartów. Może dlatego zwrócił na mnie uwagę.

Pewnego dnia, gdy wychodziłam ze szkoły, podjechał wielkim SUV-em. Wysiadł, otworzył przede mną drzwi i powiedział tylko:

– Proszę.

– Dziękuję, ale mam blisko – odpowiedziałam zmieszana.

– Wsiadaj. W samochodzie cieplej niż na piechotę, nawet jeśli niedaleko – stwierdził logicznie.

Po chwili wahania wsiadłam. Zamknął drzwi, zapytał o adres.

– Nie wiem… Znam tylko numer przedszkola – przyznałam się zawstydzona.

– Jakiego przedszkola? – Spojrzał na mnie zdumiony.

– Tego, do którego chodzi mój syn – wyjaśniłam.

– Masz syna? Duży? – Dlaczego od razu przeszedł na „ty”?

– Jurek. Ma pięć lat. – Chwyciłam za klamkę. – Lepiej pójdę pieszo.

– Zaczekaj. Pojedziemy. – Włączył silnik.

Zamknęłam drzwi. Może i dobrze, że podwiezie mnie po Jurka. I tak nic z tego nie będzie. Po co facetowi kobieta „z dzieckiem na plecach”, skoro wokół pełno samotnych?

– Jeśli się nie śpieszysz… – westchnęłam.

– Nie śpieszę. Nikogo na mnie nie czeka. Ani żony, ani dzieci. – Szybko się „rozprawił”, oszczędzając mi pytań.

– A dlaczego? Straszny charakter? Kobiety nie wytrzymują? A może któraś tak cię zraniła, że boisz się poważnych związków? – zapytałam.

– Oho, jaka cięta. Nie spodziewałem się. Z wyglądu cicha myszka. Było wszystko – miłość, rozczarowania. Ale do ślubu nie doszło, i to nie tylko z mojej winy. Nie wyszło. A charakter? Nie ma ludzi bez skazy, szanowna pani Agnieszko. Ciebie też nie ocenia się po pozorach.

– Żałujesz, że mnie podwiózł? Skręć w tę ulicę – poprosiłam szybko.

Stanęliśmy przed przedszkolem.

– Poczekam – powiedział, gdy wysiadłam.

Zawahałam się.

– Nie trzeba. Mieszkamy tuż obok. Nie chcę, żeby Jurek zadawał potem pytania. Rozumiesz, panie Tomaszu? – Spojrzałam na niego tak, jak na upartego pierwszoklasistę. – Nie czekaj na nas.

Poszłam do przedszkola, a Tomasz Kowalski siedział jeszcze kilka minut w samochodzie, zamyślony. Potem odjechał. Gdy po dziesięciu minutach wyszłam z Jurkiem, westchnęłam z ulgą… i lekkim rozczarowaniem. Wszystko jasne. Kobieta z dzieckiem mu nie pasuje. I dobrze. *„Nam też nie jest potrzebny”* – pomyślałam.

Ale następnego dnia znów stał pod szkołą.

– Pewnie myślałaś, że uciekłem, jak się dowiedziałem o synu. A tu niespodzianka. Wsiadaj. Do przedszkola? – zapytał zwyczajnie.

Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową. Gdy przyprowadziłam Jurka do auta, chłopiec poważnie spojrzał na Tomasza – dokładnie tak, jak ja dzień wcześniej – a potem na mnie.

– To mój kolega z pracy, pan Tomasz Kowalski. Nauczyciel WF-u. No co stoisz? Wsiadaj – powiedziałam sztucznie wesoło, ukrywając zakłopotanie.

Jurek nie podskoczył z radości. Powoli wdrapał się na tylną kanapę i wpatrywał się w okno.

– Gdzie jedziemy? – Tomasz odwrócił się do niego.

– Gdzieś niedaleko. Bez fotelika mogą nas ukarać mandatem – odpowiedziałam za syna.

– To może do centrum rozrywki? Na spacer jeszcze za zimno. Jurek, zgoda? – zapytał głośno i radośnie.

Jurek milczał, wciąż wpatrzony w okno, jakby nic ważniejszego nie istniało. Tomasz uśmiechnął się i ruszył.

W szkole zapadała wymowna cisza, gdy wchodziłam do pokoju nauczycielskiego. A gdy pojawiał się Tomasz, szybko wymykali się, uśmiechając się krzywo i wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.

On nie naciskał. Był cierpliwy. Dwa razy po kolacji wychodził, za trzecim został do rana. Spałam źle, zerkałam na zegarek – bałam się, że Jurek nas zobaczy.

– Daj spokój, chłopak duży, ogarnięty. Niech się przyzwyczaja – powiedział nad ranem, obejmując mnie.

Ale wysunęłam się z uścisku i wstałam. W tygodniu Jurek nie budzi się przed czasem, ale dziś, na złość, mógł wstać wcześnie. Gdy po myciu wszedł do kuchni, smażyłam już naleśniki, a Tomasz siedział przy stole.

– Dzień dobJurek spojrzał na nas, potem na psa, który merdał ogonem u jego nóg, i uśmiechnął się szeroko, bo zrozumiał, że teraz jesteśmy prawdziwą rodziną.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 + siedemnaście =

Szczeniak