Słodki szczeniaczek

**Piesek**

Żyłyśmy z mamą we dwóch. Ojciec był, oczywiście, ale nie byliśmy mu potrzebni. Na razie nie pytałem o niego. W szkole dzieci licytują się, czyj tata jest lepszy, ale w przedszkolu ważniejsze są zabawki niż to, czy się go ma, czy nie.

Mama – Weronika – wolała, żebym nie wiedział, że zakochała się bez pamięci w moim przyszłym ojcu, a kiedy powiedziała mu o ciąży, on oznajmił, że jest żonaty. Owszem, miał problemy z żoną, ale nie mógł odejść, bo jej ojciec był jego szefem. W razie czego zostałby z niczym, a taki Weronice na pewno nie byłby potrzebny. Poradził jej, żeby się „pozbyła problemu”, bo alimentów nie zobaczy. A jeśli będzie upierać się przy dziecku, to sama będzie miała gorzej…

Nie narzucała się. Zniknęła z jego życia i wychowywała mnie sama. Wyszedłem jej sympatyczny – i to jej wystarczało.

Weronika pracowała jako nauczycielka w podstawówce, a ja, pięciolatek, chodziłem do przedszkola. Nikogo więcej nie potrzebowaliśmy.

Po Nowym Roku w szkole pojawił się nowy wuefista – wysoki, wysportowany, uśmiechnięty. Wszystkie samotne nauczycielki (a było ich większość) odajnowały się przy nim i zabiegały o uwagę. Tylko Weronika nie patrzyła w jego stronę, nie śmiała się z jego żartów. Może dlatego właśnie jego wzrok zatrzymał się na niej.

Pewnego dnia, gdy wychodziła ze szkoły, przed bramą zatrzymał się terenowy samochód. Z auta wysiadł wuefista i otworzył przed nią drzwi.

– Proszę – uśmiechnął się, skinął głową w stronę fotela.

– Dziękuję, ale mam blisko – odpowiedziała zmieszana.

– Wsiadaj. Lepiej jechać niż iść, nawet jeśli niedaleko – zauważył rozsądnie.

Weronika zawahała się, ale w końcu wsiadła. Zamknął za nią drzwi, włączył silnik i zapytał o adres.

– Nie wiem dokładnie. Znam tylko numer przedszkola. – Spuściła wzrok.

– Jakiego przedszkola? – Zmarszczył brwi.

– Takiego, do którego chodzi mój syn – wyjaśniła szybko.

– Masz syna? Duży? – Od razu przeszedł na „ty”.

– Jasiek. Ma pięć lat – odpowiedziała i sięgnęła po klamkę. – Lepiej pójdę pieszo.

– Zaczekaj. Zawiozę was. – Włączył silnik.

Weronika zamknęła drzwi. Może i dobrze, że podwiezie ją po Jasia. I tak nic z tego nie będzie. Po co facet mężczyźnie kobieta „z bagażem”, skoro wokół pełno wolnych i bezdzietnych?

– No dobrze, jeśli pan nie śpieszy się… – westchnęła.

– Nie śpieszę się. Nikt na mnie nie czeka. Nie mam ani żony, ani dzieci – rzucił od razu, oszczędzając jej pytań.

– Dlaczego? Straszny charakter? Kobiety nie wytrzymują? A może któraś pana zraniła i teraz boi się związków? – zapytała Weronika.

– A to ci niespodzianka. Z wyglądu taka cicha… Było wszystko: miłość, rozczarowania. Ale do ślubów nie doszło, i to nie tylko z mojej winy. Po prostu nie wyszło. A charakter… Nie ma ludzi bez wad, Weroniko. Ty też nie jesteś taka niewinna, jak wyglądasz.

– Żałuje pan, że mnie podwiózł? O, proszę skręcić w tę uliczkę – powiedziała szybko.

Samochód zatrzymał się przed przedszkolem.

– Poczekam – powiedział wuefista, gdy Weronika wysiadła.

Zawahała się.

– Nie trzeba. Mieszkamy tuż obok. Nie chcę, żeby Jasiek zadawał później pytania. Rozumie pan, Radosławie? – Spojrzała na niego surowo, jak na zbuntowanego ucznia. – Nie czekaj na nas. – Zamknęła drzwi i poszła do przedszkola.

Radosław Kowalski siedział jeszcze chwilę w aucie, zamyślony. Potem odpalił silnik i odjechał. Gdy Weronika po dziesięciu minutach wyszła z przedszkola, trzymając mnie za rękę, westchnęła z ulgą i lekkim rozczarowaniem. Wszystko jasne. Kobieta z dzieckiem mu nie pasuje. I dobrze. „Nam też on nie jest potrzebny” – pomyślała.

Ale następnego dnia Radosław znów czekał pod szkołą.

– Wiem, myślałaś, że uciekłem, jak się dowiedziałem o synu. A jednak nie. Wsiadaj. Do przedszkola? – zapytał zwyczajnie.

Weronika uśmiechnęła się i skinęła głową. Gdy podprowadziła mnie do samochodu, spojrzałem na Radosława tak samo jak ona dzień wcześniej, a potem na mamę.

– To mój kolega z pracy, Radosław Kowalski. Wuefista. No co stoisz? Wsiadaj – powiedziała sztucznie wesoło, żeby ukryć zażenowanie.

Nie podskrzypiałem z radości, nie rzuciłem się do auta. Poważnie wdrapałem się na tylną kanapę i wpatrywałem się w okno.

– Gdzie jedziemy? – zapytał Radosław, odwracając się do mnie.

– Nie za daleko. Bez fotelika mogą nas ukarać mandatem – odpowiedziała za mnie Weronika.

– W takim razie do centrum rozrywki. Na spacer jeszcze za zimno. Jasiek, zgoda? – zapytał głośno i radośnie.

Nie odpowiedziałem, dalej gapiąc się przez szybę, jakby nic ważniejszego nie istniało. Radosław uśmiechnął się i ruszył.

W szkole milkli, gdy Weronika wchodziła do pokoju nauczycielskiego. A gdy pojawiał się wuefista, wychodzili, uśmiechając się znacząco.

Radosław nie naciskał, był cierpliwy. Dwa razy wychodził po kolacji, ale za trzecim razem został do rana. Weronika spała niespokojnie, zerkała na zegarek – bała się, że obudzę ją z Radosławem w łóżku.

– Daj spokój, chłopak duży, rozgarnięty. Niech się przyzwyczaja – powiedział nad ranem, obejmując ją.

Ale wyrwała się z uścisku i wstała. W tygodniu trudno mnie było dobudzić, ale dziś akurat mogłem wstać wcześniej. Gdy po myciu wszedłem do kuchni, Weronika smażyła racuchy, a Radosław siedział przy stole.

– Dzień dobry – powiedziałem zdziwiony, patrząc na mamę.

– Umyłeś się? To siadaj jeść. – Uśmiechnęła się najpierw do Radosława, potem do mnie, i podeszła z patelnią.

Najpierw nałożyła racuchy jemu, dopiero potem mnie – co od razu zauważyłem.

– Smacznego. Ile łyżeczek cukru? – zapytała Radosława.

– Dwie. – Nie spuszczał ze mnie wzroku. – No co, zagramy w kto szybciej zje racuchy?

–Po roku Weronika i Radosław stanęli na ślubnym kobiercu, a ja trzymałem obrączki, stojąc między nimi z uśmiechniętym Smerfem u boku.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − 8 =

Słodki szczeniaczek