Ślubu nie będzie

**Ślubu nie będzie**

Wanda ukończyła studium pedagogiczne z wyróżnieniem, marzyła o studiach na uniwersytecie. Lecz los chciał inaczej. Ojciec miał ciężki wypadek, długo leżał w szpitalu. Gdy go wypisano, matka wzięła urlop, by pielęgnować go w domu, dopóki nie oswoił się z wózkiem inwalidznym.

W ich mieście nie było uniwersytetu, trzeba było jechać do wojewódzkiego. Wanda postanowiła, że wybierze się tam za rok. Nie mogła zostawić rodziców samych w tak trudnej chwili. Zaczęła pracę w szkole.

Lekarze dawali nadzieję, że z czasem ojciec znów stanie na nogi, jeśli będzie ćwiczył, stosował masaże i leki. Matka sprzedała działkę, by opłacić rehabilitanta, masażystę i lekarstwa. Lecz ojciec wciąż nie wstał z wózka.

— Dość, nie marnujcie pieniędzy. I tak nie wstanę — rzucił któregoś dnia.

Jego charakter się popsuł, stał się kapryśny i podejrzliwy, do wszystkiego czepiał się. Najbardziej cierpiała na tym matka. Gdy tylko zawołał, musiała rzucać wszystko i biec. Zwykle chciało mu się pić, pytał o coś lub po prostu gadał. A wtedy obiad przypalał się na kuchni.

— Kaziu, sam mógłbyś podjechać do kuchni. A teraz ziemniaki spalone — upominała matka.

— Mnie życie się spaliło, a ty o ziemniakach. Tobie łatwo mówić, chodzisz. Tak ci trudno podać szklankę wody? — wściekał się ojciec.

Czasem odgrywał się na matce, rzucał szklanką albo talerzem. Coraz częściej prosił o wódkę. A gdy się napił, wyładowywał złość na matce, jakby to ona była winna wypadkowi.

— Tato, nie pij, nie pomoże, tylko gorzej będzie. Nie masz co robić? Graj w szachy, czytaj książki — namawiała Wanda.

— Co ty wiesz. Odbierasz mi ostatnią przyjemność? W twoich książkach same kłamstwa. Czytaj je sobie. W życiu inaczej jest. Jestem do niczego — burczał.

— Mamo, nie kupuj mu więcej — prosiła Wanda.

— Jak nie kupię, to się będzie drzeć. Ciężko mu. Co teraz począć… — wzdychała matka.

— Powinien ćwiczyć, nie pić. Mówili, że może chodzić. Sam nie chce. Tylko nam dokucza, a my tańczymy wokół niego — złościła się Wanda.

Ojca było szkoda, ale i im z matką nie było łatwo. Pewnego dnia Wanda wróciła ze szkoły zmęczona, gardło ją bolało, chciała się położyć. A ojciec co chwilę wołał. I Wanda nie wytrzymała.

— Dość. Jestem zmęczona, ledwo stoję. Ty masz wózek, sam podjedź do kuchni i pij, ile chcesz. Nie jesteś jedyny. Setki ludzi tak żyją, pracują, startują w paraolimpiadach. A ty do kuchni nie dojedziesz? No, dalej, sam. Ja muszę przygotować lekcje. — Wyszła do swojego pokoju.

Słyszała, jak po podłodze skrzypiał wózek, jak ojciec z hukiem postawił szklankę na kuchni, jak koła przejechały koło jej drzwi, na chwilę zwalniając. Czekała, że wrzuci je ramą, zacznie krzyczeć. Ale wózek odjechał dalej. Od tamtej pory ojciec stał się bardziej samodzielny.

W ciepłe dni Wanda zostawiała otwarte okno. Ojciec podjeżdżał i siedział w drzwiach — „spacerował”. Przejechać przez wąski próg nie mógł. Oczywiście, należałoby poszerzyć drzwi, ale skąd wziąć pieniędzy?

— Oddajcie mnie do przytułku — prosił, gdy był pijany.

— Co ty mówisz? Jak można? Żyjesz, to najważniejsze. Reszta się ułoży — uspokajała go matka.

— Tak teraz mówisz, ale w końcu znudzi ci się nosić za mną nocnik. Z litości będziesz żyć. Po co ci kaleka? Jeszcze jesteś młoda…

Tak mijali dni. Minął rok, znów nadeszła deszczowa jesień. Pewnego dnia Wanda wyszła ze szkoły, lecz zanim dotarła do przystanku, lunął zimny deszcz. Schroniła się pod szklanym dachem, ale krople i tak docierały. Samochody, nie zwalniając, pędziły przez kałuże, obryzgując ludzi. Wanda stała, zmoknięta jak wróbel.

Nagle zatrzymał się ciężarowy samochód. Wysiadł z niego chłopak. Trzymając kurtkę nad głową, podbiegł do niej.

— Wsiadaj, podwiozę.

Wanda była zmarznięta, buty przemokły. Wślizgnęła się pod jego kurtkę, pachnącą benzyną i olejem. W kabinie było sucho i ciepło.

— Marek — przedstawił się.

— Wanda.

— Wanda, znaczy. Dokąd jedziemy?

Powiedziała adres. Marek opowiadał, dlaczego został kierowcą.

— Matka sama mnie wychowała. Czas, bym się nią zajął. Sąsiad wziął mnie do warsztatu. Po wojsku sam zacząłem jeździć. Płacą nieźle, a i dorobić można. Jeśli będziesz potrzebowała, dzwoń. — Tak łatwo przeszedł na „ty”.

— A ty? Uczysz się, pracujesz? — spytał.

— Pracuję w szkole.

— Nieźle — pochwalił. — Będę podwoził, wszyscy ci zazdroszczą. Śmiejesz się? Takiej fury nikt nie ma.

Z nim było łatwo. A nuż przyda się pomoc? Dała mu numer telefonu. Wieczorem zadzwonił, zaprosił do kina.

— Nie mogę. Ojciec jest chory.

— To wyjdź przed dom, pogadamy.

— Po co? — spytała.

— Chcę cię widzieć. Spodobałaś mi się — powiedział prosto.

— A jeśli nie jesteś w moim guście? Nie martwi cię to?

— Co, brzydki jestem? Wstydzisz się kierowcy? — warknął.

— Przepraszam, nie chciałam. Dobrze, wyjdę. — Rozłączyła się.

Następnego dnia usłyszała klakson, wyjrzała przez okno. Ciężarówka stała pod blokiem.

— Co się krzątaszu? Zalotnik przyjechał? — domyśliła się matka.

— Nie zalotnik. Znajomy. Wyjdę na chwilę?

— Idź, bo cały dom rozruchasz.

Marek przyjeżdżał prawie codziennie. Czasem zabierał ją ze szkoły. Rozmawiali w kabinie, częstował ją herbatą z termosu, kanapkami, które przygotowała jego matka.

— Patrz, jak się rozkręcił. Kawaler — powiedziała matka, gdy ciężarówka odjechała.

— Żaden kawaler.

— Czemu? Młodość szybko minie. Koleżanki wychodzą za mąż, a ty do emerytury czekasz? Nie bez powodu tuWanda spojrzała przez okno na odjeżdżający samochód Marka, wzięła głęboki oddech i postanowiła, że dziś powie mu prawdę – że jej serce już dawno wybrało Pawła, a żadne pieniądze ani wygoda nie zastąpią prawdziwego uczucia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście − 3 =

Ślubu nie będzie