Po prostu pragnęłam szczęścia

Dzisiaj znów nie mogłem zasnąć. Wyrzuciłem kołdrę na bok, przewróciłem poduszkę na chłodniejszą stronę, ale to i tak nie pomogło. Za oknem słychać było szelest opóźnionych samochodów, a w głowie kłębiły się myśli. „Dokąd tak pędzi ten kierowca? Do domu? A może ucieka przed kimś w noc? Kto czeka na tego niespokojnego wędrowca?” – warknąłem przez zęby. „Przeklęte upały…”

Westchnąłem i wstałem. Znałem mieszkanie jak własną kieszeń, więc nie zapalałem światła. W kuchni podszedłem do okna. W bloku naprzeciwko paliły się dwa okna. „Ktoś tam czeka na swojego wędrowca czy opłakuje jego odejście?”

Młode liście na drzewach zasłaniały widok. Włączyłem lampkę nocną i nalałem sobie wody z imbryka. Kiedy zgasiłem światło, jedno z okien naprzeciwko zgasło. Piłem małymi łykami, czując, jak chłód rozlewa się po ciele. Gołe stopy przyjemnie chłodziła wykładzina.

Postawiłem pustą szklankę na parapecie i wróciłem do pokoju, ale nie położyłem się na zmiętym, wilgotnym łóżku. Poszedłem do drugiego pokoju i rzuciłem się na wąską, twardą kanapę, podkładając pod głowę drobną poduszkę wypchaną Bóg wie czym.

I nagle… zacząłem zapadać w sen.

* * *

— Gorzko! Gorzko! — krzyczeli goście, trzymając w rękach kieliszki z szampanem.

Marek wstał i pociągnął za rękę Kingę. W ślubnych butach na obcasie była niemal jego wzrostu, mogła patrzeć mu prosto w oczy, nie jak zwykle – z dołu. Patrzył na nią z zachwytem, miłością i nieskrywanym pożądaniem. A Kinga pochyliła się lekko, tak by welon zasłonił jej profil przed wzrokiem gości.

— Raz, dwa, trzy… — liczyli pijani weselnicy.

Mama zawsze uczyła Kingę, że w małżeństwie wszystko zależy od kobiety, że to ona musi dbać o dom i być podporą dla męża. I Kinga heroicznie zabrała się za budowanie swojego szczęścia.

Na początku wszystko robili razem: chodzili do sklepu, gotowali razem kolacje, śmiali się i całowali. Aż pewnego dnia, zajęci pocałunkami, zapomnieli o ziemniakach na patelni, które o mało nie spłonęły. Kochali się. Wydawało się, że tak już zostanie na zawsze – młodzi i szczęśliwi.

Po dwóch latach Kinga urodziła córeczkę, Zosię. Na początku pomagała jej mama.

— Jestem zmęczona… — narzekała Kinga na Marka, że w ogóle jej nie pomaga.

— Mężczyzna pracuje, męczy się. Tak już jest – odpowiadała mama. – Ty możesz się przespać w dzień z Zosią. A jeśli on się nie wyśpi, jaki z niego pracownik?

Kinga przyzwyczaiła się spać byle jak, nawet przysypiała na ławce podczas spaceru z wózkiem. Kiedy Zosia skończyła dwa lata, oddała ją do żłobka i wróciła do pracy.

— Za pięć lat przejdę na emeryturę, zabierzemy Zosię do siebie, a wy możecie pomyśleć o kolejnym dziecku – marzyła mama.

Ale Kinga, wróciwszy do pracy, nawet nie myślała o drugim dziecku. Marek też nie naciskał. I tak już więcej nie urodziła.

— Dlaczego mężczyźni zdradzają? Bo kochanka zawsze jest wypiękniała, a żona chodzi po domu w zniszczonym szlafroku – pouczała mama.

Więc Kinga starała się, by mąż zawsze widział ją wystrojoną i umalowaną. Wstawała wcześniej, żeby zdążyć przed jego pobudką.

Ale to nie uratowało ich małżeństwa. Córka dorosła, wyprowadziła się, a Kinga z przerażeniem zauważyła, że Marek coraz częściej nosi dresy zamiast garnituru. Zaczął biegać rano, choć i tak był wysportowany.

— Teraz tak modnie – tłumaczył. – Trzeba nadążać za czasem.

Kiedy znalazła ślad szminki na jego koszuli, od razu zapytała o kochankę. Zaskoczony, zamruczał coś niewyraźnie, a w końcu przyznał się i poprosił, by go puściła.

— Czy ja cię zatrzymuję? Idź. Tylko wiedz, że nie przyjmę cię z powrotem.

Sama spakowała mu rzeczy, nie uroniła ani jednej łzy. Marek powoli ubierał się w przedpokoju, udając, że sprawdza, czy czegoś nie zapomniał, ale zerkał na nią ukradkiem, czekając, czy rzuci mu się w ramiona, będzie błagać, by został.

Kinga stała w drzwiach, skrzyżowawszy ręce na piersi. Całą swoją postawą mówiła: „Nie doczekasz”.

Mąż wyszedł. A ona wróciła do pokoju, rzuciła się na kanapę, wtuliła twarz w twardą poduszkę i zawyła jak zraniona wilczyca. Życie straciło dla niej sens. Płakała całą noc. A rano postanowiła połknąć garść tabletek. Już nawet wyjęła blister. Ale na koniec chciała pożegnać się z przyjaciółką i do niej zadzwoniła.

Ta wyczuła, że coś jest nie tak, i przyjechała.

— Nie waż się niczego głupiego robić. Wyobraź sobie, jaki będzie z niego bohater, jeśli umrzesz przez niego. Wszyscy pomyślą, że jest wart tego, by dla niego umierać. Nie rób mu tej przysługi.

I Kinga nie wypiła tabletek. Powoli zaczęła dochodzić do siebie, uczyć się życia w pojedynkę. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła uroki samotności. Można spać do woli, chodzić po mieszkaniu, jak się urodziło, nie malować się w weekendy, nie gotować obiadów. Jadła mniej, schudła, wyglądała młodziej. Zaoszczędzone na jedzeniu pieniądze wydawała na nowe ubrania. Zakupy – jak wiadomo – to najlepsze lekarstwo dla kobiety.

A potem córka urodziła wnuka i dała Kindze nowy cel. Spodobała jej się rola babci. Śpiewała mu kołysanki, czytała bajki, lepiła z nim babki w piaskownicy.

Kinga bardzo chciała, by Marek przypadkiem ją zobaczył, zrozumiał, co stracił. Próbowała wyobrazić go sobie z młodą żoną. Czy gotuje mu rano owsiankę, czy tylko kanapki? A może to on nosi jej kawę do łóżka? I wyobraźnia podsuwała obrazy, jak stoi w kuchennym fartuchu, gotuje obiad, idzie po pracy do sklepu…

Robiło się jej nie do zniesieniaA kiedy pewnego dnia Zosia powiedziała, że tata nigdy nie był taki szczęśliwy jak wtedy, kiedy wracał do domu po pracy, Kinga zrozumiała, że czasem życie pisze własne zakończenia, a ona w końcu odnalazła swoją drogę do spokoju.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 + jeden =

Po prostu pragnęłam szczęścia