Nie dotkniecie mnie! Nie jestem winny, – mruknął ze strachu w oczach.

– Nic mi nie zrobicie. Nie jestem winien – mamrotał Nikodem, cofając się. Trząsł się ze strachu.

Początek czerwca przyniósł upalne lato. Ludzie, stęsknieni za naturą i wypoczynkiem, uciekali z zakurzonych, dusznych miast na działki, na wieś, nad morze. Stefan z żoną i córką też wczesnym rankiem wyjechali na weekend do małej wioski, w której dorastał, gdzie mieszkała jego matka.

– No to gotowi? Nic nie zapomnieliśmy? To ruszamy, zanim słońce na dobre rozgrzeje powietrze – zakomenderował Stefan, wsiadając do samochodu.
Zośka usiadła obok ojca, a Elżbieta ulokowała się z tyłu, z dala od klimatyzacji.

Na rodzinnym zebraniu postanowiono, że ostatnie wakacje Zośka spędzi u babci. Nie miała ochoty wyjeżdżać z miasta, ale koledzy też rozjeżdżali się w różne strony, więc zostawało się tylko nudzić.

– Czego taka smutna? Zobaczysz, spodoba ci się. Są tam twoi rówieśnicy. Jeszcze nie zechcesz wracać – pocieszył córkę Stefan.

– Oj, tato, wszystko w porządku – burknęła Zośka, zapinając pas.

– No to co innego – rozchmurzył się Stefan. – Ostatnie długie wakacje. Następna klasa to już matura, egzaminy, studia, a potem dorosłość.

Miasto budziło się, zrzucając z siebie poranną ospałość. Na drogach jeszcze nie było krowodóży, więc szybko wyjechali poza miasto.

Słońce dopiero wschodziło. Jego promienie przesączały się przez liście drzew wzdłuż szosy, kłując w oczy jak igiełki. „Wszystko dobrze, tylko dlaczego serce mi tak ciężko?” – pomyślał Stefan, patrząc na szare pasmo drogi, uciekające pod kołami samochodu.

Po czterech godzinach wjechali do wsi, tonącej w zieleni i kwiatach. Babcia otworzyła drzwi, aż klasnęła w dłonie – wreszcie przyjechali – i zaczęła wszystkich ściskać po kolei.

– Ależ Zośka urosła. Już prawie panna młoda. Stefek, upiekłam twoje ulubione drożdżówki. Chodźcie do środka, czego się tłoczycie w przedpokoju? – krzątała się radośnie matka.

– Wszystko tu takie same – westchnął Stefan, rozglądając się po izbie i wdychając znajomy od dzieciństwa zapach. – Nic się nie zmieniło. Nawet wszystkie rzeczy stoją na tych samych miejscach. Mamo, i ty taka sama – objął matkę.

– Oj, daj spokój, co tam pleciesz – machnęła ręką na słowa syna. – Głodni pewno jesteście po podróży? Myjcie ręce i siadamy do stołu.

– Tylko uważaj, mamo, na tę naszą pannę młodą. Nie dawaj za dużo swobody. Żeby nie włóczyła się po nocy – powiedział Stefan, odgryzając połowę drożdżówki i mrucząc z zadowolenia.

– A ty zapomniałeś, jaki sam byłeś w jej wieku? – zaśmiała się matka, podsuwając synowi kubek z zimnym kompotem.

– Właśnie, właśnie! Babciu, opowiedz, jaki był. Bo wychodzi na to, że od urodzenia święty – podchwyciła Zośka.

Babcia krzątała się, znosząc na stół smakołyki, i mimochodem zerknęła przez okno.

– Może ktoś herbaty gorącej? – Spojrzała na wyczekiwanych gości. – Na podwórku już czekają twoi koledzy. Widzieli samochód – babcia mrugnęła porozumiewawczo do Zośki.

– Kto? – zapytała dziewczyna i podbiegła do okna.

– Najpierw zjedz – surowo powiedział Stefan. – Poczekają.

– Już się najadłam. Dzięki, babciu, pyszne drożdżówki – Zośka przestępowała z nogi na nogę.

– No to idź już, wiercipięto – machnęła ręką babcia. – Na obiad się stawianie.
I Zośka wybiegła z kuchni.

– Mamo, pilnuj jej. Z pozoru dorosła, a w głowie wciąż wiatr hula – powiedział Stefan, gdy drzwi zamknęły się za córką.

– U nas spokojnie, nie martw się.

Następnego wieczora Stefan z Elżbietą wracali do miasta. Stojąc przy samochodzie, dawał córce ostatnie wskazówki.

– Pomagaj babci. I nie wyłączaj telefonu, dobrze?

– Tato, dość, wszystko rozumiem – Zośka przewróciła oczami. – Jak się tak o mnie boisz, to może pojadę z wami?

– Stefanie, naprawdę, za bardzo ją kontrolujesz – wstawiła się Elżbieta. – Jedźmy, bo dojedziemy po nocy.

Wyjeżdżając z podwórka, Stefan spojrzał w lusterko na matkę i córkę. Zerknął na żonę. „Spokojna. A ja czemu się nakręcam? Zośka jest rozsądna, nic jej nie będzie. Trzeba się nauczyć puszczać…” – próbował uciszyć niepokój, który nagle ścisnął mu serce.

Minęły trzy tygodnie. Zośka dzwoniła codziennie, opowiadała o życiu u babci. I Stefan stopniowo się uspokoił. Ale w sobotni poranek obudził go telefon.

– Do pracy dzwonią? – przez sen zapytała Elżbieta, nie otwierając oczu.

Stefan sięgnął po komórkę. Zobaczył, że dzwoni matka, i natychmiast odebrał.

– Tak, mamo. Dlaczego tak wcześnie? – Serce już biło mu mocno, przeczuwając nieszczęście.

– Stefciu, wybacz… Nie uchroniłam Zośki – przez łzy wykrztusiła matka.

– Co się stało? – Stefan zerwał się z łóżka i sięgnął po spodnie.

– Nieszczęście, przyjeżdżajcie szybko. Zośka w szpitalu, w śpiączce… – matka zanosiła się płaczem.

– Zbieraj się, Zośka w szpitalu – rzucił Stefan do Elżbiety, rzucając telefon na łóżko i wciągając spodnie.

Elżbieta zrozumiała, że stało się coś złego, i już ściągała koszulę nocną. Westchnęła ciężko i osunęła się na łóżko.

– Co z Zośką? – wyszeptała.

– Mama płacze, nic nie rozumiem. Pojedziemy i się dowiemy.

Wczoraj po pracy nie zatankował, a teraz przy dystrybutorach stały kolejki samochodów. W weekend wielu spieszyło się, by uciec z dusznego miasta.

– I co teraz? Stracimy tyle czasu – Elżbieta bezradnie spojrzała na Stefana.

– Zaraz – wysiadł, wyjął z bagażnika kanister i podszedł do dystrybutora.

Po pięciu minutach wrócił z napełnionym kanistrem, wlał benzynę do baku i ruszyli dalej.

W szpitalnym łóżku, gdy Zośka słabym głosem opowiadała o tym, jak bardzo tęskniła, Stefan zrozumiał, że prawdziwe szczęście to po prostu być razem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × 4 =

Nie dotkniecie mnie! Nie jestem winny, – mruknął ze strachu w oczach.