Dawid i Kasia mieszkali w tym samym bloku, na piątym piętrze. Dawid właśnie przeszedł do czwartej klasy i był już na tyle duży, że rodzice mogli mu powierzyć opiekę nad pięcioletnią Kasią z mieszkania naprzeciwko. Jej mama była chirurgiem i często w weekendy wołano ją do trudnych pacjentów.
Dawid traktował Kasię po dorosłemu: karmił, bronił, czasem nawet strofował, gdy było za co. A Kasia słuchała go bez słowa sprzeciwu, chodziła za nim jak cień, patrząc na starszego przyjaciela swymi ogromnymi, czarnymi oczami.
Pewnego dnia Kasia zachorowała na anginę. Gdzie w czerwcu mogła się tak przeziębić? Dawid musiał z nią siedzieć całe dnie. Koledzy już wiedzieli, gdzie go szukać. Zadzwonili do drzwi Kasi, żeby zaprosić go na piłkę.
— Nie mogę. Siedzę z Kasią — poważnie odpowiedział Dawid.
— To weź ją ze sobą, niech kibicuje — zaproponował Wojtek.
— Ma anginę i gorączkę. Nie można. Pograjcie dziś beze mnie.
— Jak to beze ciebie? A kto będzie stał na bramce? — oburzył się rozczarowany Patryk.
— No to stójcie na zmianę — zaproponował Dawid, patrząc na zgnębionych kolegów.
— Nie, to nudne. Jak nie ty, to my też nie gramy.
— No to wchodźcie — westchnął Dawid i wpuścił chłopaków do mieszkania.
Kasia, z szalem owiniętym wokół szyi, siedziała na kanapie i przeglądała książkę z obrazkami. Gdy zobaczyła chłopaków, rozpromieniła się.
— To moi kumple — Patryk i Wojtek. — Dawid wskazał, który jest który. — Posiedzą z nami, nie masz nic przeciwko?
— Poczytajcie mi książkę — z dziecięcą szczerością podsunęła im Kasia.
— A może lepiej zbudujemy bazę? — Patryk wpatrzył się w okrągły stół na środku pokoju.
— Jak to? Trzeba gałęzi i słomy, a my nie mamy — oczy Kasi błyszczały, czy to od gorączki, czy od ekscytacji.
— Słoma nam niepotrzebna. Można zdjąć narzutę z kanapy? — spytał Patryk. — Nakryjemy nią stół i będzie namiot.
Ale sama narzuta okazała się za mała. Kasia podpowiedziała Dawidowi, gdzie w szafie leży koc. Wkrótce czwórka dzieci wcisnęła się pod stół. W improwizowanej bazie było ciasno, duszno, ciemno i strasznie ciekawie.
— Może opowiemy sobie straszne historie? — zaproponował Wojtek. — Mój pradziadek był na wojnie.
— No i co? O wojnie jest nudno — skrzywił się Patryk.
— Wiesz, ile ma orderów? Nie zliczysz — przechwalał się Wojtek. — Dowoził chleb do Warszawy podczas powstania.
— Znudziło mi się już o wojnie. Nuda, zero emocji — przeciągnął rozczarowany Patryk.
— Nie wiesz, a się wymądrzasz. Dziadek opowiadał, że w czasie oblężenia ludzie jedli nie tylko koty i psy, ale też siebie nawzajem, nawet własnych krewnych. Kroili na kawałki i gotowali zupę. A chleb robili z trocin — nie dawał za wygraną Wojtek.
— Fuj. Ludzi się nie je — wzdrygnęła się Kasia, przytulając się mocniej do Dawida.
— A ja znam mnóstwo strasznych historii o Czarnym Ludzie — uradował się Patryk. — W zeszłym roku na koloniach opowiadaliśmy o nim w nocy. Masakra.
Kasia zastygła. Słowo „czarny” samo w sobie wydało jej się przerażające, zwłaszcza w ciemnościach pod stołem. A na dźwięk słowa „masakra” zaczęła drżeć.
— Chodzi cały w czerni. Jak ktoś się zagapi, to go łapie i zabiera. I nikt go już nigdy nie widzi. Czarny Człowiek pojawia się i znika jak cień. Najbardziej lubi małe dzieci. Jak jakieś nieposłuszne ucieknie rodzicom…
— Dość. Już ją wystraszyłeś — ostro przerwał mu Dawid, czując, jak dziewczynka zaczyna drżeć i przytula się jeszcze mocniej. — Jeszcze się potem w nocy będzie bała. Ona jest jeszcze mała.
— Nie jestem mała — obraziła się Kasia. — Nie chcę słuchać o Czarnym Człowieku. Straszne — głos jej zadrżał, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Dzieci pod stołem zamilkły. Na zewnątrz rozległy się powolne, ostrożne kroki, które zatrzymały się tuż obok. Patryk zaniemówił, Wojtek ciężko oddychał. Kasia wtuliła się w pierś Dawida. Pod jej uchem słyszała głośne, szybkie bicie jego serca.
Nagle brzeg narzuty uniósł się. Kasia zamknęła oczy i pisnęła.
— A więc tu jesteście! — rozległ się głos mamy.
— Mamo! — Kasia otworzyła oczy, wypełzła spod stołu i rzuciła się mamie w ramiona.
— Czemu stół nakryty? Co tam robiliście? — spytała mama, spoglądając na rozczochranych chłopaków, którzy też wyszli spod stołu.
— To baza. Siedzieliśmy tam i opowiadali straszne historie — zasypała ją słowami Kasia.
— I nie bałaś się? — spytała mama.
— Bałam się. A jak usłyszałam kroki, pomyślałam, że to Czarny Człowiek przyszedł po nas i przestraszyłam się jeszcze bardziej.
— Jaki Czarny Człowiek? — Mama przenosiła pełne wyrzutu spojrzenie z jednego chłopaka na drugiego, zatrzymując się dłużej na twarzy Dawida.
Ten ze wstydem spuścił głowę.
— Dobrze. Rozbierzcie tę bazę i myjcie ręce. Zaraz będzie obiad — powiedziała mama i poszła z Kasią do kuchni.
Po obiedzie Dawid z kolegami w końcu poszli grać w piłkę. A mama położyła Kasię spać. Ale gdy tylko zamykała oczy, wydawało jej się, że widzi Czarnego Człowieka.
Gdy Dawid przeszedł do siódmej klasy, Kasia dopiero poszła do pierwszej. Dawid stał się już prawie dorosły i rzadko się nią zajmował. Zresztą ona też podrosła i mogła zostawać sama w domu. Ale często biegała do niego, żeby o coś zapytać lub gdy zagrzmiało. Kasia bardzo bała się burzy.
Gdy chłopcy szli do kina, na lodowisko czy gdzie indziej, Kasia zawsze się do nich przyczepiała. Jeśli nie chcieli jej brać, umiała sprytnie wykorzystać łzy. A Dawid, ulegając, przekonywał kolegów, żeby ją zabrali.
To właśnie Dawid nauczył Kasię jeździć na łyżwach, podgrzewać zupę w mikrofalówce i zaszczI tak minęło jeszcze kilka lat, aż pewnego dnia, gdy wiatr gnał liście po parkowych alejkach, a złote słońce września ogrzewało ich twarze, Dawid i Kasia stali przed małym białym kościółkiem, trzymając się za ręce, i w końcu zrozumieli, że ich świat zawsze mieścił się w sobie nawzajem.



