Jesteś moim światem
Marek i Ola mieszkali w jednym bloku, w tej samej klatce, na piątym piętrze. Marek właśnie przeszedł do czwartej klasy i uważał się za na tyle dorosłego, by móc opiekować się pięcioletnią Olą, która mieszkała w mieszkaniu naprzeciwko. Jej mama pracowała jako chirurg i często w weekendy wzywano ją do trudnych przypadków.
Marek traktował Olę po dorosłemu: karmił, chronił, czasem nawet łajał, gdy była ku temu okazja. A Ola słuchała go bez sprzeciwu, chodziła za nim jak cień, patrząc na starszego przyjaciela swymi ogromnymi, czarnymi oczami.
Pewnego dnia Ola zachorowała na anginę. Gdzie w czerwcu mogła się przeziębić? Marek musiał zostać z nią całymi dniami. Koledzy już wiedzieli, gdzie go szukać. Zadzwonili do drzwi Olini, by wyciągnąć go na boisko.
– Nie mogę. Z Olą siedzę – odpowiedział poważnie Marek.
– To weź ją ze sobą, będzie kibicować – zaproponował Kuba.
– Ma anginę, gorączkę. Nie da rady. Zagrajcie dziś beze mnie.
– Jak to beze mnie? A kto będzie na bramce? – oburzył się rozczarowany Tomek.
– No to stawajcie na bramce na zmianę – zasugerował Marek, widząc przygnębionych kolegów.
– Nie, tak się nie da. To my też nie gramy.
– To wpadajcie – westchnął Marek i wpuścił chłopaków do środka.
Ola, z szalem zawiniętym wokół szyi, siedziała na kanapie i oglądała obrazki w książce. Na widok chłopców rozpromieniła się.
– To moi koledzy – Tomek i Kuba – przedstawił ich Marek. – Posiedzą z nami, dobrze?
– Poczytajcie mi – z dziecięcą prostotą podała im książkę.
– A może zbudujmy bazę? – Tomek wpatrzył na okrągły stół na środku pokoju.
– Jak to? Trzeba gałęzi i słomy, a my nie mamy – oczy Oli błyszczały, czy to od gorączki, czy od ekscytacji.
– Słoma nam niepotrzebna. Możemy zdjąć narzutę z kanapy? – spytał Tomek. – Nakryjemy nią stół, i będzie namiot.
Ale samej narzuty było za mało. Ola powiedziała Markowi, gdzie w szafie jest koc. Wkrótce cała czwórka wczołgała się pod stół. W improwizowanej bazie było ciasno, duszno, ciemno i strasznie ciekawie.
– Może opowiemy sobie straszne historie? – zaproponował Kuba. – Mój pradziadek walczył na wojnie.
– I co z tego? O wojnie nudno – skrzywił się Tomek.
– Wiesz, ile ma orderów? Nie zliczysz – przechwalał się Kuba. – Dostarczał chleb do Warszawy, gdy była w ruinie.
– Nudne. Nic ciekawego – przeciągnął rozczarowany Tomek.
– Nie znasz się, a się wypowiadasz. Dziadek opowiadał, że w czasie wojny jedli nie tylko koty i psy, ale nawet ludzi, własnych krewnych. Kroili ich na kawałki i gotowali zupę. A chleb piekli z trocin – nie ustępował Kuba.
– Fuj. Ludzi się nie je – wzdrygnęła się Ola, przyciskając się do Marka.
– Ja znam dużo strasznych historii o Czarnym Ludzie – z radością powiedział Tomek. – W zeszłym roku na koloniach zawsze o nim opowiadaliśmy w nocy. Strach.
Ola zastygła. Samo słowo „czarny” wydało się jej przerażające, zwłaszcza w ciemności pod stołem. A na dźwięk słowa „strach” zaczęła drżeć.
– Chodzi cały w czerni. Jak ktoś się zagapi, to go łapie i zabiera. I już nikt go więcej nie widzi. Czarny Człowiek pojawia się i znika jak cień. Najbardziej lubi małe dzieci. Jak jakieś nieposłuszne ucieknie od rodziców…
– Dość. Już Olę nastraszyłeś – ostro przerwał mu Marek, czując, jak dziewczynka drży i przytula się mocniej. – Jeszcze w nocy ze strachu nie zaśnie. Jest jeszcze mała.
– Nie jestem mała – obraziła się Ola. – Nie chcę słuchać o Czarnym Człowieku. Straszne – głos jej zadrżał, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Dzieci pod stołem zamilkły. Z zewnątrz dobiegły powolne, ostrożne kroki, które zatrzymały się tuż obok. Tomek zaniepokojenie się poruszył, Kuba zaczął ciężko oddychać. Ola wtuliła się w pierś Marka. Pod jej uchem głośno i szybko biło jego serce.
Nagle brzeg narzuty uniósł się. Ola zamknęła oczy i pisnęła.
– A tu was macie! – rozległ się głos mamy.
– Mamo! – Ola otworzyła oczy, wypełzła spod stołu i rzuciła się w jej ramiona.
– Dlaczego stół jest nakryty? Co tu robicie? – spytała mama, patrząc na rozczochranych chłopaków, którzy też wyszli spod stołu.
– To baza. Siedzieliśmy i opowiadaliśmy straszne historie – zaszczebiotała Ola.
– I nie bałaś się? – spytała mama.
– Bałam. A jak usłyszałam kroki, to pomyślałam, że to Czarny Człowiek przyszedł po nas i wystraszyłam się jeszcze bardziej.
– Jaki Czarny Człowiek? – Mama przMama spojrzała wymownie na chłopców, zatrzymując wzrok na Marku, który ze wstydem spuścił głowę, a wtedy Ola przytuliła się mocniej do jej spódki szepcząc: „Wiesz mamo, tak naprawdę to Marek zawsze broni mnie przed wszystkim, nawet przed Czarnym Człowiekiem…”.



