Czas Przemian

Dorota wracała do domu zmęczona i wyczerpana. W jednej ręce niosła torebkę, w drugiej – reklamówkę z zakupami. Nogi plątały się pod nią. Chciało się jej usiąść na chodniku i nie ruszać. Ale w domu czekał Maks. Syn. Jedyny sens jej życia. Gdyby nie on, dawno porzuciłaby tę marną egzystencję.

Jedni rodzą się z pieniądzem w gębie – życie uśmiecha się do nich bez wysiłku. Inni, jak Dorota, przyszli na świat po to, by cierpieć. W drugiej klasie liceum, na urodzinach koleżanki, poznała chłopaka dwa lata starszego od siebie. Wydawał się jej dojrzały, silny, nie uznający konwenansów. Zakochała się bez pamięci.

Nie była pięknością, ale miała urok młodości – ciemnoszare, szczere oczy, proste kasztanowe włosy, kształtne usta, smukłą sylwetkę z subtelnymi krągłościami.

W styczniu mamę zabrano do szpitala z zapaleniem płuc. Mieszkanie stało się ich królestwem – Doroty i jej chłopaka. Wtedy właśnie stało się to, co przytrafia się naiwnym dziewczynom w wieku siedemnastu lat. Uległa namowom, obietnicom, słodkim słówkom, które w ustach zakochanego brzmią tak łatwo.

Gdy Dorota zrozumiała, że jest w ciąży, pobiegła do ukochanego.

– A ja tu niby co? Ojcem? Spójrz na mnie. Szukaj innego frajera… – rzucił i zniknął z jej życia tak nagle, jak się w nim pojawił.

Co teraz? Z kim się zwierzyć? Czas mijał, a ona nie mogła się zebrać, by powiedzieć matce.

Nadeszła wiosna, czas na lżejsze ubrania. Dorota stała przed lustrem, próbując zapiąć dżinsy na zaokrąglonej talii. Bluza też nie chciała się domknąć na piersiach.

– Trochę przytyłaś – odezwał się za nią głos mamy. Dorota drgnęła. – Pokaż no… – Matka odwróciła ją do siebie, jęknęła i przycisnęła dłoń do gardła.

– Od kogo? Ile już? Dlaczego milczałaś?! – zaszeptała rozpaczliwie.

Mama krzyczała, obrażała ją, biegała za płaczącą Dorotą po mieszkaniu z ręcznikiem w dłoni. Potem siedziały na kanapie, objęte, i płakały razem. Na aborcję było już za późno.

Dorota zdała maturę, ale na studia nie poszła. Pod koniec września urodziła przystojnego chłopca, w którego rysach przebijało podobieństwo do lekkomyślnego i nieodpowiedzialnego ojca.

Gdy syn podrósł, mama przez znajomą załatwiła Dorocie pracę w administracji miejskiej. Nie znosiła tej roboty. Petenci wiecznie narzekali, coś wymuszali, grozili. Głowa pękała. Za dodatkowe pieniądzie sprzątała jeszcze wieczorami gabinety i zadeptane korytarze urzędu. Syn rósł, trzeba go było ubierać, płacić za przedszkole.

Maks był spokojnym dzieckiem, nie sprawiał kłopotów. Dorota odmawiała sobie wszystkiego, tylko on nigdy nie poznał niedostatku – ani w miłości, ani w zabawkach.

Gdy Maks poszedł do szkoły, mama ciężko zachorowała i po ośmiu miesiącach odeszła. Dorota wzięła dodatkową fuchę – sprzątanie w sąsiednim biurze. Same podłogi to nie problem, ale jeszcze mycie okien, sprzątanie po remoncie… Do domu wracała na pół żywa.

A potem syn wpadł w wir dorastania. Stał się drażliwy i zamknięty. Odszczekiwał na pytania o szkołę, unikał matki. Dorota wiedziała, że trzeba go pilnować. Wystarczy chwila nieuwagi, a może wpaść w złe towarzystwo. Ale wracała późno, ledwo starczało sił, by ugotować obiad i spytać, jak minął dzień.

Ostatnio zaczęła dostrzegać u Maksa zadrapania na twarzy, siniaki na rękach. Zbywał ją: „Na wf-ie upadłem, potknąłem się…”

Aż pewnego dnia zobaczyła go z dziewczyną. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie jej wygląd – czarna, o trzy numery za duża bluza, szerokie spodnie, malinowe włosy i kolczyk w nosie. Może to dobra dziewczyna? Tylko nie wszystkie tak się ubierają.

Próbowała rozmawiać, ale Maks odburknął i zamknął się w pokoju. Co robić? Uznała, że pierwsza miłość to jak choroba – trzeba przez nią przejść. Zakazami nic nie osiągnie. Ale serce bolało. Codziennie zostawał sam. Czy nie powtórzy jej błędów? A może zrobi coś gorszego?

Szła do domu, ledwo powłócząc nogami, wypatrując światła w oknach przez młode liście. Ciemne prostokąty okien nie pozostawiały wątpliwości – Maksa nie ma.

Wchodziła po schodach ciężko, kołysząc głową jak zaprzęgnięty koń. Rączki reklamówki wbijały się w palce, aż chciało się rzucić. Oparła się o ścianę, gdy obok niej przeleciał Jacek, kumpel Maksa.

– Jacek?! – zawołała. – Gdzie tak pędzisz?

Chłopak zatrzymał się dopiero po paru schodach. Przez chwilę się wahał, potem wrócił, przeskakując po dwa stopnie.

– Ciociu Doroto… – złapał oddech. – Myślałem, że mi się zdaje… Maksa nie ma w domu. To znaczy, że jest tam, z nimi…

– Mów wreszcie! Gdzie Maks? Z kim?! – Dorocie zadrżał głos.

– Podsłuchałem, jak gadali… Ta jego dziewczyna, Ola, namówiła chłopaków, żeby go sprawdzili. Jak skoczy z dachu na dach, to znaczy, że ją kocha. A oni będą nagrywać telefonem, potem wrzucą do sieci. Chciałem go ostrzec. Ale go nie ma. Chyba widziałem go z tamtymi… – wybełkotał Jacek. – Biegnę, może jeszcze go powstrzymam. – I ruszył w dół.

– Jacek! – krzyknęła za nim, ale w dole już trzasnęły drzwi.

Rozwarła palce, ciężka torba wypadła, a zakupy rozsypały się po schodach. Pękła kartka mleka, białe strużki popłynęły po stopniach.

Drzwi jednego z mieszkań otworzyły się, wyszedł młody mężczyzna. Zobaczył zrozpaczoną Dorotę, rozrzucone rzeczy, podszedł.

– Co się stało? Ktoś pana napadł? – spytał, zbierając zakupy.

– Nie… Kolega syna powiedział, że… Mój Boże – przycisnęła dłoń do policzka. – Że poszedł z chłopakami na dach dziewięciopiętra. Namawiają go, żeby przeskoczył na sąsiedni. Chcą nagrać… Nie wiem, co robić… – Zeszła o stopień, o maDorota przycisnęła syna mocniej do siebie, czując, jak jego łzy wilgotnią jej bluzkę, i w tej chwili zrozumiała, że najważniejsza walka już się skończyła – teraz muszą tylko iść dalej, razem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 + siedemnaście =

Czas Przemian