Samochód pędził przez nocne miasto. W środku jechali mężczyzna i kobieta. Z zewnątrz mogło się wydawać, że to małżeństwo spieszy do domu, do zostawionych tam dzieci.
„Możesz jechać szybciej?” – nerwowo poprosiła kobieta.
„To niebezpieczne. Miasto tylko wydaje się puste.” Mężczyzna zaciął zęby. „Kiedy w końcu mu powiesz? Ile jeszcze będziemy się spotykać w tajemnicy? Powiedz mu, wszystkim będzie lżej.”
„Lżej? Komu? Nam, może, ale a Olenka? Ona kocha ojca. A on ją. Co z nimi będzie, gdy się dowiedzą? To okrutne.” Kobieta drżała.
„A oszukiwanie go od miesięcy to nie okrucieństwo? Myślisz, że nie domyśla się niczego? Mam dość dzielenia cię z nim. Chcesz, żebym sam mu powiedział?”
„Nie rób tego, proszę. Ja to załatwię. Daj mi czas.” Kobieta złapała dłoń kierowcy i ścisnęła mocno. „Kocham cię. Ale nie naglij mnie. Obiecuję, że niedługo porozmawiam z mężem.”
Mężczyzna odwrócił głowę, spotkał jej wzrok i pochylił się, by pocałować ją w usta.
Zza zakrętu wyskoczył czarny SUV, niosąc nieuniknioną śmierć. Krzyk kobiety utonął w huku miażdżonego metalu…
***
Dźwięk telefonu wyrwał Tomasza z półsnu. Przez chwilę wahał się między jawą a snem, ale w końcu otworzył oczy.
Kasia zadzwoniła wieczorem, mówiąc, że się spóźni. Jakaś przyjaciółka miała problem, nie mogła jej zostawić samej. Obiecała wyjaśnić wszystko później. Nie zdążył zapytać, o jaką przyjaciółkę chodzi. Mógłby odpytać te, które znał, ale uznał to za upokarzające – dla siebie i dla żony.
Podejrzenia budziły się od dwóch miesięcy. Coraz częstsze spóźnienia, nagłe wyjścia w weekendy. Za dużo „przyjaciółek w potrzebie”.
Sięgnął po telefon. Nieznany numer. Serce ścisnęło się złym przeczuciem.
„Słucham,” – ochrypłym głodem odezwał się Tomasz.
„Kapitan Nowak. Czy to mąż Katarzyny Marii Kowalskiej?”
„Tak.”
„Pani żona miała wypadek… Jest w ciężkim stanie, przewieziona do szpitala miejskiego nr 4…”
„Żyje?” – głos mu zadrżał.
„Tak, ale…”
„Tato, to mama?” – W drzwiach stała dziesięcioletnia Ola, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w ojca.
Tomasz przełknął ślinę.
„Nie. To… Mama jest w szpitalu. Miała wypadek.”
„Umarła?”
„Nie, skąd. Żyje.” – Pośpieszył się, widząc jej przerażenie.
„Ale spytałeś… Tato!” – Rzuciła mu się na szyję, ściskając tak mocno, że ledwo mógł oddychać. – „Jedźmy do niej. Boję się.”
Odepchnął ją delikatnie, posadził obok siebie.
„Nie, szpital zamknięty, nie wpuszczą nas. Rano pojedziemy. A teraz spać, bo przyjedziemy niewyspani, a co mama powie?” – Wymusił uśmiech.
Ola skinęła głową i wyszła. Położył się z powrotem. Przez okno wciskał się już świt. Spojrzał na zegarek w telefonie – wpół do trzeciej nad ranem.
Musiał się uspokoić. Przycisnął dłoń do klatki. Serce waliło jak młot.
Rano pojechali do szpitala. Zostawił Olę w korytarzu, wszedł do gabinetu lekarskiego.
„Pan jest mężem?” – spytał lekarz, mniej więcej w jego wieku.
„Tak. Co z moją żoną?”
„Operowaliśmy ją. Poważny uraz głowy, mnóstwo złamań… Jest w śpiączce.”
„Jak do tego doszło? Ona nie prowadzi.”
Lekarz rozłożył ręce.
„Wiem tylko, że auto, którym jechała pani żona, zderzyło się z SUV-em. Obaj kierowcy zginęli na miejscu. Żona miała szczęście. Nie będę ukrywał – stan krytyczny. Robimy, co możemy. Organizm młody, ma szansę.”
„Możemy ją zobaczyć? Córka jest na korytarzu.”
„To pana decyzja. Wygląda… nie najlepiej. Ale bliscy czasem czynią cuda.”
Gdy szli korytarzem, Tomasz spytał:
„Kto z nią jechał?”
„To już policja. Niech pan nie zostaje długo – ona nie reaguje.” – Lekarz otworzył drzwi.
Tomasz nie poznał Kasi. Głowa w bandażach, twarz w siniakach. Obca. Na kołdrze leżała dłoń z obrączką. Jej dłoń.
„Mamo!” – Ola podeszła, pogłaskała ją. – „Śpi?” – Spojrzała na ojca.
„Tak. Zrobili operację. Możemy tylko na nią popatrzeć.”
W drodze do domu milczeli. Zadzwonił do teściowej, poprosił, by zajęła się Olą. Sam musiał zajrzeć do pracy.
Barbara Stanisławowa weszła, ocierając łzy chusteczką.
„Może zabiorę Olę do siebie? Masz teraz ważniejsze sprawy.” – Ola skinęła.
„Tyle ją ostrzegałam! Ale czy ona mnie słuchała?” – wybuchnęła, zanim zamilkła, widząc jego spojrzenie.
„O co pani ją ostrzegała?”
„Przepraszam, Tomku… Mówiłam, że to nie skończy się dobrze. Ale ona tylko: »Kocham, nie mogę bez niego«… Oszalała.” – Zasłoniła twarz.
Ból w piersi wrócił. Wiedział, czuł zmiany, ale udawał, że ich nie widzi.
„Kto to był?” – spytał głucho.
„Marek Szymański. Zakochany w niej od szkoły. Wyjechał za granicę, a gdy wrócił…”
Szymański. Widział go raz. Czekał na parkingu, gdy przyjechał po Kasię. Podeszli do siebie, patrzyli tak, że od razu wiedział – to nie jest zwykła znajomość.
Wysiadł z auta. Kasia zbladła. Przedstawiła go jako „dawną klasową miłość”. Nie podali sobie rąk. Wrogość wisiała w powietrzu.
„Jak dobrze, że przyjechałeś! Chciałam coś kupić dla Oli…” – Ciągnęła go do samochodu, paplając nerwowo.
„Nie do żadnych przyjaciół jeździła. Do niego. Ile razy? Planowali przyszłość? Śmiali się ze mnie?” – Oddychał ciężko.
„Jutro przyjedziemy z Olą. Wpuści nas?” – spytała teściowa, przypominając mu o rzeczywistości.
„Co mam z tym zrobić? Wściekać się? A jeśli nie przeżyje? Jej kochanek nie żyje. Ja tak. Mamy Olę.” – Zgodził się.
„Lekarz mówił, że rozmowa pomaga.”
„Powiedzieć jej w śpiączce**”Wszystko będzie dobrze,”** szepnęła Kasia, ściskając jego dłoń, gdy wyjeżdżali na wspólną drogę, ku nowemu początkowi.



