Przytuliłem się plecami do chropowatej, chłodnej ściany, zamknąłem oczy. Wydawało mi się, że nie ruszę się stąd. Ale po paru minutach zmusiłem się, by oderwać się od oparcia i dojść do pokoju lekarskiego.
Po kilku godzinach wyszedłem przez bramę szpitalnego kompleksu. Dwie mocne kawy rozproszyły zmęczenie. Tuż przy bramie zaczynała się alejka, która prowadziła do ruchliwej ulicy. Promienie słońca przeciskały się przez liście drzew, rzucając drżące wzory na asfalt. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek nią chodził – zawsze przyjeżdżałem do szpitala samochodem. A teraz nagle zapragnąłem przejść się po tych migoczących plamach światła, mrużąc oczy przed słońcem. I tak nikt na mnie nie czekał w domu.
Marek szedł powoli, ciesząc się słońcem, minionymi już topolowymi burzami. Lato przekroczyło półmetek, a przed nim czekał urlop. Dziś wygrał, odebrał śmierci życie pacjenta.
Na jednej z ławeczek siedziała młoda dziewczyna w jasnej sukience. Pochylona nad książką, rude kosmyki zasłaniały jej twarz. Nagle poczuł nieodpartą chęć, by ją zobaczyć. Dotarł do ławki i przystanął.
Dziewczyna przewróciła stronę, nie zauważając go.
— Interesująca książka? — zapytał Marek.
Przez chwilę jeszcze czytała, potem zamknęła tom, przytrzymując palcem zakładkę, by mógł zobaczyć okładkę.
— *Drogi Człowieku* — przeczytał do góry nogami.
Podniosła głowę. Twarz w piegach, ale wcale jej to nie psuło — wręcz przeciwnie, dodawało uroku. Wyraziste czarne oczy, pełne usta. Świeża i urocza. „Złota” — pomyślał, patrząc na płonące w słońcu włosy.
— Medycyna czy autor panią interesuje? — dopytał.
— Złożyłam papiery na medycynę.
— To prawie koledzy po fachu. — Uśmiechnął się aprobująco i usiadł obok.
— A pan jest lekarzem? — W jej oczach błysnęło zainteresowanie.
— Chirurgiem.
— Naprawdę? — Powątpiewająco uniosła brew.
— A co panią tak zaskoczyło? Nie wyglądam? Myślała pani, że chirurdzy to sami siwowłosi mruki?
Rozchyliła usta w uśmiechu.
— Jaki konkretnie chirurg?
— Podoba mi się, że zna pani specjalizacje. Chciałbym powiedzieć, że plastyczny – brzmi bardziej prestiżowo. Niestety, jestem zwykłym chirurgiem. Ktoś musi wycinać wyrostki i kamienie żółciowe.
Roześmiała się. Miał miły, dźwięczny śmiech.
Nagle zapragnął się przed nią popisać, pokazać się jako doświadczony lekarz. I zaczął opowiadać, że codzienność zawodu nie ma nic z książkowej romantyki. Odpowiedzialność jest ogromna. Stół operacyjny to pole bitwy, z taktyką i strategią. Wspomniał nawet o dzisiejszym przypadku, ozdabiając opowieść refleksjami o żonie i dzieciach pacjenta, którzy czekali na wynik operacji.
Dziewczyna najpierw patrzyła na niego z rezerwą, potem z coraz większym podziwem. Pod jej wzrokiem poczuł się niemal bohaterem. Wiedział, że przesadza, ale nie mógł się powstrzymać. Tak bardzo chciał jej się spodobać.
— Uratował pan komuś życie i mówi o tym tak zwyczajnie? — spytała poważnie.
— To się zdarza codziennie. Każda operacja to ryzyko. — A pani, jakim lekarzem chce zostać? — odwrócił pytanie.
— Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę się dostać. — Spojrzała na zegarek i zerwała się z ławki. — Ojej, spóźnię się!
— Koło szpitala stoi mój samochód. — Marek też wstał. — Odwiozę panią, gdzie trzeba.
W drodze opowiedziała, że mieszka z ciotką Ireną, siostrą matki. Ma psa – starego spaniela, Bazyla. Tak nazwał go mąż ciotki, gdy jeszcze żył. Ciotka ma chore nogi, więc to ona, Zosia, wyprowadza Bazyla. A Basil jest stary, nie może czekać…
— Ciotka jest nieznośna? — spytał.
— Irena? Nie, skąd! Jest dobra. Przygarnęła mnie, choć ma swoje problemy.
— A skąd pani przyjechała na studia?
— Zawsze tu mieszkałam. Gdy byłam w piątej klasie, umarła mama. Od kilku dni bolał ją brzuch, ale nie chciała iść do lekarza. Wróciłam ze szkoły, a ona leżała nieprzytomna. Wezwałam pogotowie. Pękł jej wyrostek, zaczęło się zapalenie otrzewnej. Ojciec zaczął pić. Zginął pod kołami autobusu.
Zosia wysiadła i pobiegła do klatki. Obejrzała się w drzwiach. Marek pomachał, a w następnej sekundzie zniknęła za drzwiami.
Sam w samochodzie przestał czuć się bohaterem. Stał się zwykłym, zmęczonym i samotnym chirurgiem. Było mu jej żal. Dobra dziewczyna, taka, co wie, czego chce. Tak młoda, a już tyle przeszła.
Miesiąc później, po urlopie, Marek Kowalski szedł korytarzem oddziału. Młoda sanitariuszka myła podłogę. Spod czepeLekarka podniosła wzrok, a on nagle zrozumiał, że to koniec ich wspólnej historii – teraz będzie tylko lekarzem, a ona jedną z wielu studentek, które kiedyś być może przejdą przez jego salę operacyjną.



