Dziedzictwo

W starej, przestronnej warszawskiej kamienicy panował niezwykły ruch. Raz po raz dzwonił domofon, otwierały się drzwi, a do mieszkania wchodził kolejny członek rodziny. Tym razem zjawił się postawny mężczyzna w drogim garniturze, którego marynarka wydęła się na wystającym brzuchu.

Blada, niepozorna kobieta skrzywiła się w wymuszonym uśmiechu, a gospodarz podniósł się z kanapy i ruszył mu na spotkanie.

— Bronisław! Myślałem, że nie przyjedziesz — mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. — Siadaj, opowiadaj, co u ciebie.

Kobieta z niezadowoleniem odsunęła się na drugi koniec sofy, ustępując miejsca braciom.

*„To niby żona Janusza? Tyle dziewczyn miał, a ożenił się z taką…”* — Bronisław nie znalazł odpowiednich słów.

Domofon znowu zadzwonił. Wszyscy trzej zwrócili głowy w stronę drzwi. Czekali tylko na tę jedną osobę, która miała zaraz wejść. W progu stanął wysoki mężczyzna w czarnych spodniach i granatowym swetrze, podkreślającym biel koszuli.

Tadeusz przywitał się oschle, rozejrzał i usiadł w podniszczonym fotelu w przeciwległym kącie pokoju.

*„A to się Tadeusz wystroił”*, pomyślał Bronisław.
Poznał go od razu, choć nie widzieli się od trzydziestu lat. Wreszcie zebrali się tutaj wszyscy trzej bracia, trzej spadkobiercy. Zlecieli się jak kruki na ścierwo. Bronisław miał nadzieję, że poza nim nikt się nie pojawi, a już na pewno nie Tadeusz.

Bracia otrzymali zaproszenie, by przyjechać się pożegnać z Anną Nowak. Tak właśnie było napisane: *„aby się pożegnać”*. Dla pewności dopisano adres — na wypadek, gdyby zapomnieli.

Bronisław od dawna mieszkał w innym mieście z rodziną. Dobra posada, mieszkanie, samochód, dwie córki — jedna już nawet wnuczka mu podarowała. Nie potrzebował więc ciotczynego spadku. Przyjechał tylko z ciekawości.

Kiedyś wydawało mu się, że to mieszkanie jest ogromne. Bał się ciemnych kątów, wysokich zegarów i ciężkich mebli.

Gdy ojciec spadł z rusztowania na budowie i zginął, matka sczerniała z rozpaczy. Jak sama miała wychować trzech chłopców? Najmłodszemu, Januszowi, nie było jeszcze pięciu lat. Żyli więc biednie i ciężko. Aż pewnego dnia przyjechał najstarszy brat matki, o którym dzieci nawet nie słyszały, i zaproponował zabrać chłopców na jakiś czas, przynajmniej dwóch starszych.

On i jego żona nie mieli dzieci. Matka się pozbiera, wróci po nich. Brat dał jej trochę pieniędzy i zabrał chłopców ze sobą. Matka, pogrążona w żalu, zaczęła pić i wkrótce umarła.

Ciocia Anna okazała się surowa i zimna. Karmiła, ubierała chłopaków, próbowała ich pokochać. Najstarszy Bronisław szybko zrozumiał, że to szansa, by się wyrwać. Starł się przypodobać wujkowi i jego żonie.

Natomiast średni, Tadeusz, zamykał się w sobie i nie chciał nawiązywać relacji z nową rodziną. Po szkole nie poszedł na studia, w przeciwieństwie do Bronisława. Wrócił do rodzinnego miasta, do mieszkania rodziców. Znalazł pracę, uczył się zaocznie. Wujek początkowo przysyłał mu pieniądze, ale Tadeusz odsyłał je z dopiskiem, że nie potrzebuje.

Bronisław w ostatnim roku studiów ożenił się i wyjechał do rodziny żony, do Poznania. Najmłodszy Janusz wyrósł na hulakę, prowadził rozwiązłe życie. W rodzinie, jak to mówią, nie ma bez wady.

*„Mieszkanie wymaga remontu. Potem można je sprzedać z zyskiem. Takich mebli już się nie robi — to antyki z PRL-u. Solidne, ciężkie. W witrynie stoi czeski kryształ. I pewnie są jeszcze jakieś oszczędności. Chociaż mogły przepaść w latach dziewięćdziesiątych…”* Bronisław otrząsnął się z marzeń.

Rozmyślając, co chwilę spoglądał na Tadeusza. Tamten siedział obojętny, z wyciągniętymi skrzyżowanymi nogami. Janusz szeptał z żoną, również zerkał na braci. *„Tadeusz zawsze był odszczepieńcem, wujostwo go nie lubili. Janusz swoją część przepuści…”* Bronisław uważał, że to on najbardziej zasługuje na spadek po cioci.

Do mieszkania wpuściła ich sympatyczna dziewczyna. Pewnie opiekunka cioci. Gdy tylko o niej pomyślał, do pokoju wjechał wózek inwalidzki, na którym siedziała staruszka. Głowa opadła jej na pierś, a nogi przykrywał gruby pled.

Dziewczyna ustawiła wózek tak, by staruszka mogła wszystkich widzieć. Na jej tle wydawała się jeszcze piękniejsza i młodsza. Dla braci obecność żywej ciotki była kompletnym zaskoczeniem.

Bronisław próbował obliczyć, ile mogła mieć lat. Wychodziło na to, że grubo ponad osiemdziesiąt. I dlaczego myślał, że umarła? W telegramie było napisane, że zapraszają go, by się pożegnać z Anną Nowak. Dlatego uznał, że już nie żyje.

Z ciekawością i pewnym lękiem przyglądał się ciotce, jej pooranej zmarszczkami twarzy, pokrytej brązowymi plamami. Siwe włosy sterczały w różnych kierunkach. Zniekształcone artretyzmem dłonie z nabrzmiałymi żyłami spoczywały na podłokietnikach wózka. Patrzył i nie mógł się otrząsnąć. Rozpoznawał ją i jednocześnie nie. Czas nie oszczędził niegdyś dumnej i zgrabnej kobiety, którą pamiętał.

— Anna Nowak cieszy się, że was widzi — powiedziała dziewczyna.

— Na jej prośbę odnalazłam was i zaprosiłam. Przepraszam, jeśli źle zrozumieliście mój telegram. Anna Nowak chciała was zobaczyć, rozwiązać sprawę spadku, by później nie było kłótni.

— Ciekawe. Czyli nasze życzenia będą brane pod uwagę? — ożywił się Bronisław.

— Nie do końca. Napijecie się herbaty? Pomóżecie? — zwróciła się do żony Janusza.

— A pani kim jest? — zatrzymał ją Bronisław.

— To Weronika, moja wnuczka — niespodziewanie odezwał się skrzekliwy głos Anny Nowak.

Bronisław wlepił w nią wzrok, po czym spojrzał na Tadeusza. Tamten siedział spokojnie. Janusz natomiast zaczął się wiercić.

*„Córka Janusza? Jeszcze jedna spadkobierczyni. To zupełnie nie w porę. Trzeba będzie udowodnić pokrewństwoOtworzyła drzwi i zobaczyła Tadeusza stojącego z fotografią młodej Anny w ręku, a w jego oczach dostrzegła to samo osamotnienie, które od lat nosiła w swoim sercu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 5 =

Dziedzictwo