Wina nie jest moja, czy tak miało być?

Nie ma winnego, czyli Tak się gwiazdy złożyły

Jakub przytrzymał drzwi restauracji, przepuszczając żonę przodem. Drzwi zamknęły się za nimi cicho, tłumiąc rytm muzyki i gwar pijanych głosów. W oddali migotała nierówna smuga świateł miasta, a przez ciemność wiła się kręta nitka latarni.

— Jesteś blady… Może jednak weźmiemy taksówkę? — spytała Kinga.

— Nie trzeba, dojedziemy sami. Po prostu gorąco było w sali. Ochłonę i pojedziemy. — Jakub objął żonę.

— Ale piłeś… — nie ustępowała Kinga.

— Ledwie kilka łyków, i to na początku wieczoru. Już wywietrzało. Poza tym nocą ruch niewielki. Nie martw się — uspokoił ją Jakub.

— Mama dzwoniła. Franek nie może zasnąć bez nas, czeka — westchnęła Kinga. — Jestem zmęczona.

— To jedziemy? Pół godziny i będziemy w domu. — Jakub wyjął z kieszeni marynarki kluczyki, nacisnął przycisk na pilocie.
Głęboko na parkingu ich „Kia” odpowiedziała sygnałem i mrugnęła kilka razy światłami.

Jakub wyjechał z parkingu modnej podmiejskiej restauracji, pewnie kierując auto w stronę miasta. Na sąsiednim siedzeniu Kinga wyprostowała zmęczone nogi, odchyliła głowę na zagłówek — już nie musiała dbać o fryzurę.

— Fajne wesele miał Paweł, co? Ale nasze było lepsze — powiedział Jakub, spoglądając w lusterko na oddalające się światła restauracji.

— Szczerze? Słabo je pamiętam — odparła Kinga, przymykając zmęczone oczy.

— Ja też — przyznał Jakub.

— Każdy słabo pamięta własne wesele. Może dlatego wydaje się lepsze niż inne — dodała Kinga.

— Prawda — uśmiechnął się Jakub.

— Myślę, że mama powinna u nas zostać na noc. Jak dojedziemy, jak będziesz ją odwoził… — Kinga ziewnęła.

— Jasne, niech zostanie. Też ledwo zipię.

— Mówiłam, żeby wziąć taksówkę. Nigdy mnie nie słuchasz — cichym głosem powiedziała Kinga.

— Za późno, już jedziemy. Nie chcę jutro wracać po samochód.

Kinga nie odpowiedziała. Siedziała z zamkniętymi oczami, marząc tylko, żeby jak najszybciej dotrzeć do domu, przebrać się, zrzucić ciasne buty, które już obtarły jej stopy, włożyć miękkie kapcie, wziąć prysznic…

Gdyby otworzyła oczy, zauważyłaby, jak Jakub kurczowo ściska kierownicę, wytężając wzrok w pędzącą ku nim taśmę drogi. Jego blade czoło pokryło się potem, oddech stał się nierówny. Kinga tego nie widziała.

Jakub się do tego nie przyznał, ale już żałował, że wsiadł za kierownicę. Czuł, jak serce ściska się do bólu, przepychając krew przez żyły. Z każdym uderzeniem ból narastał, każdy wdech przychodził z trudem. Zatrzymać się? Nie, lepiej dojechać do domu i położyć się…

Wzdłuż drogi ścianą ciemniały drzewa, a miasto drażniło, nie zbliżało się, a wręcz oddalało. Jakub dodał gazu, lecz w tej samej chwili ból rozdarł mu klatkę piersiową, w oczach pociemniało. Huk wstrząsnął obrzeżami śpiącego miasta, ale Jakub już go nie usłyszał.

Kierowca TIR-a wyskoczył z kabiny i podbiegł do zmiażdżonego pod kołami samochodu. Od razu zrozumiał, że kierowca nie żyje. Obok siedziała kobieta. Spróbował otworzyć drzwi — zablokowane. Wsunął rękę przez rozbite okno, próbując wyczuć puls na jej szyi. Gdzie tam. Palce mu za bardzo drżały.

Zadzwonił po pogotowie i czekał.

Uniewinniono go. We krwi zmarłego kierowcy „Kii” znaleziono alkohol, a sekcja wykazała, że zmarł na rozległy zawał jeszcze przed zderzeniem z TIR-em, wysyłając auto na przeciwny pas…

Kierowca ciężarówki przyszedł do szpitala sprawdzić, co z tamtą kobietą. Miała już dwie operacje, ale potrzebna była kolejna — wymiana zmiażdżonego stawu biodrowego na sztuczny. Inaczej nie będzie chodzić, zostanie inwalidką. Ale na sztuczny staw trzeba pieniędzy.

***

— Cezary, nareszcie. Znalazłam świetne mieszkanie. Wszystko tak, jak marzyliśmy: piąte piętro, winda towarowa, dom w centrum, układ idealny. Oczywiście, remont potrzebny, ale znacznie zbiłam cenę. Jutro jedziemy oglądać. Ile mamy na koncie? Jeśli nie brałeś, powinno starczyć — szczebiotała uradowana Agnieszka, gdy Cezary się rozbierał, mył ręce w łazience.

Stała mu na drodze, szukając kontaktu wzrokiem.

— Poczekaj, Agnieszka — Cezary odsunął ją lekko i wyszedł z łazienki.

— Na co czekać? Takie mieszkanie szybko znajdzie chętnych. Namówiłam właściciela, żeby nikomu więcej nie pokazywał. Nie mogłam się do ciebie dodzwonić — wyłączyłeś telefon — Agnieszka nie odstępowała męża na krok.

— Jak prowadzę, nie odbieram, wiesz o tym — Cezary usiadł przy kuchennym stole. — Lepiej daj jeść — powiedział zmęczonym głosem, unikając jej wzroku.

Agnieszka sięgnęła po talerz znad zlewu, otworzyła patelnię i zastygła z łyżką w ręce.

— Zmieniłeś zdanie? Nie chcesz kupować mieszkania? — Obróciła się gwałtownie. — Może masz inne plany? Rzuciłeś dobrze płatną pracę, jeździsz taksówką za grosze… Masz inną kobietę? Dlaczego milczysz?

— Nie pleć głupot. Nikogo nie mam. Pieniędzy też nie — dodał cicho Cezary.

— Jak to? — Agnieszka usiadła na krześle z pustym talerzem i łyżką, wpatrując się w męża. — Gdzie są? Kupiłeś mieszkanie kochance?

— Przestań! — Cezary podniósł głos. — Oddałem je tej kobiecie, a raczej szpitalowi, żeby zrobili jej operację.

— Tej, której mąż zginął w wypadku? Ale ty co do tego? Uniewinnili cię. Nie rozumiem.

— Ja nie jestem winny. On nie był winny. Po prostu znaleźliśmy się w złym miejscu o złej porze. Mąż zginął, ona została kaleką, a u niej syn…

— Więc jej żal. A mnie nie żal? Nas nie żal? Całe życie zbieraliśmy, ty ledwo w domu bywałeś. Całe życie w kawalerce. Szukałam mieszkania, ogląIlekroć przechodził teraz obok bloku Kingi, zatrzymywał się na chwilę, patrząc w jej okno, wiedząc, że choć gwiazdy raz złożyły się fatalnie, to może jeszcze kiedyś ułożą się inaczej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × cztery =

Wina nie jest moja, czy tak miało być?