Miłość aż po grób

Miłość do grobu

Katarzyna wyszła ze sklepu, poprawiła ciężkie torby w rękach i ruszyła w stronę domu. Kupiła niewiele, a jednak reklamówki ciążyły jak kamienie. Przystanęła przed blokiem. „Światła nie ma w oknach. Ania znowu uciekła na imprezę”. Pokręciła głową. „Niech tylko wróci… Odkąd związała się z tym… Tomkiem, nauka poszła w las, wagaruje. Nauczyciele skarżą. A tu matura, studia. Jak wróci, to ja jej pokażę…” – myślała, wchodząc po schodach z ciężkim westchnieniem.

W mieszkaniu postawiła zakupy na krześle przy kuchennym stole. Spojrzała na pustą kuchenkę. „Prosiłam, żeby ziemniaki obrała albo makaron ugotowała. Uciekła… Co ja mam z nią zrobić?”

Ostro zdjęła kurtkę, zawiesiłą w przedpokoju i wróciła do kuchni. Trzaskała drzwiczkami lodówki, brzęczała garnkami – gotowała obiad, wściekła, obiecując sobie, że tym razem nie odpuści.

Ale Ania nie śpieszyła się z powrotem. Minęła północ, a jej wciąż nie było. Katarzyna nie mogła usiedzieć w miejscu. Chodziła tam i z powrotem, powtarzając jak mantrę:

— Niech tylko wróci… Niech spróbuje, to jej pokażę, czym grozi takie zachowania! Robię, co mogę, żeby miała lepiej, a ona nawet makaronu nie ugotuje… Myśli, że sama nie marzyłam o życiu? Też byłam młoda, też miałam plany, a potem zostałam sama z dzieckiem. Niewdzięczna… Chce powtórzyć mój los? Niech spróbuje, przekona się, co to znaczy ciężka praca!

Wściekłość sięgała zenitu. Chciała rzucić czymś, rozbić, żeby chociaż trochę ulżyć tej furii.

Kiedy w zamku zaskrzypiał klucz, na moment poczuła ulgę. Ale gdy zobaczyła córkę – rozpromienioną, z błyszczącymi oczami – gniew wrócił ze zdwojoną siłą.

— Gdzie ty byłaś?! Wiesz, która godzina?! A lekcje?! Matura za pasem, a ty się włóczysz jak ostatnia… — krzyczała, nie zważając na sąsiadów.

— Lekcje zrobiłam… — próbowała się bronić Ania.

— Zamknij się! Nie przerywaj matce! Zupełnie rozum straciłaś? Wychowałam cię, myślałam, że skończysz studia, znajdziesz dobrą pracę… A ty powtarzasz moje błędy!

— Żadnych błędów nie powtarzam! Przestań krzyczeć! — warknęła Ania.

Jej oczy zgasły, na policzkach pojawiły się wypieki.

Katarzyna ledwo powstrzymała się przed wyrokującym słowem. Rozejrzała się bezradnie, szukając czegoś, czym mogłaby wymierzyć karę. Ania próbowała prześlizczyć się do swojego pokoju, ale matka w końcu chwyciła składany parasol ze stolika i zamierzyła się.

— Mamo! — wrzasnęła Ania, chowając głowę w ramionach.

Od tego krzyku ręka Katarzyny opadła. Parasol z hukiem upadł na podłogę. Jakby cała wściekłość nagle z niej uciekła, zostawiając tylko zmęczenie.

— Nie wiem już, co mam robić… Nie śpię, nie jem, tylko myślę, gdzie ty jesteś… A to co?! — osłabłym głosem spytała, dostrzegając błysk na palcu córki.

Oparła się o ścianę w przedpokoju.

Ania powoli odsłoniła twarz, spojrzała na skromny złoty pierścionek z małym białym kamykiem.

— Tomek mi podarował… — szepnęła, patrząc na matkę niepewnym wzrokiem.

— Jesteś jeszcze w szkole. On o tym nie wie? — spytała Katarzyna, wpatrzona w błysk kamienia.

— Wie. No i co? Za dwa miesiące zdaję maturę i…

— I co, dorosniesz? Prawda? Mieszkasz pod moim dachem. Moje zasady. Pomagaj w domu, nie czekaj, aż cię za rękę poprowadzę. Myślisz, że skoro masz chłopaka, to możesz robić, co chcesz? Wracać o czwartej nad ranem? Może jeszcze szkołę rzucisz? A jak zrobi ci się dziecko? — Głos Katarzyny znów rósł.

— Mamo, on mnie kocha. Ja też go kocham — powiedziała Ania z rozpaczą.

— Gdyby cię kochał, nie krzywdziłby cię! Skąd on się w ogóle wziął… — Katarzyna potrzącia głową, czując, jak łzy napływają do oczu.

Tej nocy długo przewracała się w łóżku. Nerwy, podbite kłótnią, nie dawały o sobie zapomnieć. Przed oczami stawały jej najgorsze scenariusze. W końcu sięgnęła po telefon i wybrała numer jedynej przyjaciółki.

— Co się stało? — odezwał się zaspan— Ania znów sprawia problemy — szepnęła Katarzyna, a w słuchawce rozległo się tylko ciężkie westchnienie i ciche: „Mówiłam ci, żebyś jej nie trzymała tak krótko…”, zanim połączenie zostało przerwane.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − trzy =

Miłość aż po grób