Dlaczego tak na mnie patrzysz? Przecież nie chcę dzieci, czy nie jest nam dobrze razem?

— Dlaczego tak na mnie patrzysz? No dobrze, nie chcę dzieci. Czy nam źle we dwoje? — zapytała Elżbieta męża.

Pierwszy promień słońca zajrzał do kuchennego okna. Przedzierając się przez żaluzje, rozciąłł podłogę, ścianę i blat stołu w pasy światła i cienia. Dotarł do twarzy Krzysztofa i musnął jego zapuchnięte oczy.

Krzysztof przymknął powieki, ale jasny blask wciąż przeszywał go przez cienką skórę. Odsunął się na taborecie w bok, gdzie promienie nie dosięgały jego zmęczonych bezsennością oczu.

Słońce, jakby urażone, nagle skryło się za ścianą dziewięciopiętrowego bloku naprzeciwko. W kuchni zrobiło się ciemno i przygnębiające. W tej samej chwili rozległ się długo wyczekiwany trzask otwieranego zamka. Krzysztof drgnął, wstrzymał oddech, nasłuchując ostrożnych szmerów w przedpokoju.

Ciche kroki bosej stopy na moment zamarły w pokoju, potem zbliżyły się do kuchni.

— Krzysiu? Nie śpisz? — zapytała żona, jak mu się wydawało, zdziwiona i zmieszana.

— Gdzie byłaś? — ochrypłym głosem wypalił, rozchylając spierzchnięte usta.

Elżbieta nie odpowiedziała od razu. Gdyby nie zwlekała, może by uwierzył. Ale przez te sekundy zastanawiającej ciszy wiedział, że kłamie.

— W kawiarni z Kasią, a potem… zasiedziałyśmy się u niej. Przepraszam, trochę wypiłyśmy, zupełnie straciłam poczucie czasu. Zasnęłam — skłamała.

— Dlaczego nie zadzwoniłaś?

— Mówiłam przecież, byłam pijana. Nie chciałam cię budzić — odrzekła głosem nagle spokojnym i równym.

— Miałaś nadzieję, że prześpię twoją nieobecność. — Krzysztof mówił, nie patrząc na nią.

— O co ci chodzi? Wypiłyśmy, pogadałyśmy. Nie mogę raz w życiu się rozerwać? — podniosła głos, przechodząc do ataku.

— Raz w życiu? — odwrócił się gwałtownie.
Elżbieta mrugnęła i spuściła wzrok.

— Jestem zmęczona, pogadamy później — rzuciła, już odwracając się do wyjścia. Lecz Krzysztof złapał ją nagle za nadgarstek i przyciągnął do siebie.

— Ała! — krzyknęła, tracąc równowagę i upadając na jego kolana, by natychmiast poderwać się, usiłując wyrwać rękę.

— Puść, boli! — syknęła.

On zacisnął dłoń jeszcze mocniej.

— Nadgarstek mi złamiesz! Puść! — Elżbieta patrzyła na męża z pogardą i rozpaczą.

— Byłaś z nim? Mów! — trzymał ją mocno, uniemożliwiając uwolnienie.

— Tak! Tak! — wrzasnęła mu w twarz. — No i co, teraz ci lżej? Nienawidzę cię! Mam cię dość! — Szarpnęła się, a wtedy on nagle puścił jej rękę.

Zaskoczona, odskoczyła, odbijając się łokciem od framugi drzwi z głośnym jękiem.

— Wynoś się — powiedział spokojnie.

— Krzysiek, daj chociaż…

— Wypierdalaj! Do niego, do diabła! Po rzeczy możesz przyjść później. — Oparł się plecami o ścianę, odchylił głowę i zamknął oczy, nie chcąc na nią patrzeć.

— To pójdę! — Elżbieta wyszła z kuchni, masując obity łokieć. — Pożałujesz tego! Żebym tylko nie musiała patrzeć na twoją nudną, wstrętną gębę! — krzyknęła z przedpokoju.

— Spłonąć byś mogła… — Krzysztof złapał ze stołu filiżankę i rzucił nią o ścianę.

Kawałki porcelany rozleciały się po kuchni z brzękiem.

Drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem. Krzysztof odwrócił się do stołu, opuścił głowę na złożone dłonie i zastygł.

Słońce znów wychyliło się spoza bloku naprzeciwko, rozświetlając kuchnię pasiastym wzorem żaluzji. Smugi światła przesuwały się po zgarbionych plecach nieruchomego Krzysztofa, jakby go głaszcząc.

Siedział tak długo. W końcu wstał, wyszedł, depcząc po odłamkach. Wziął prysznic, ogolił się, zaparzył kawę. Było jeszcze zbyt wcześnie, więc poszedł do pracy pieszo, by przewietrzyć głowę.

Cały dzień czekał na telefon od Elżbiety. Liczył, że zadzwoni, powie, że to on zmęczył ją podejrzeniami, że naprawdę była u Kasi. Że wszystko wróci do normy. Tak, kochał ją. Był gotów wybaczyć. Ale ona nie zadzwoniła.

Gdy po pracy wychodził z biura, pożałował, że nie wziął auta. Niebo zasnuły chmury, w powietrzu unosiła się mżawka, zostawiając na twarzy nieprzyjemny chłód. Szedł do domu z nadzieją, że Elżbieta wróciła, że na niego czeka… Ale mieszkanie przywitało go pustką i ciszą.

Pościągał odłamki, wyciągną z lodówki napoczęty kieliszek wódki i wychylił go duszkiem. Żołądek zareagował skurczem. Poczekał, aż się uspokoi, położył się na kanapie twarzą w dół i zasnął.

***

Pobrali się trzy lata wcześniej. Żywiołowa Elżbieta urzekła go swoją spontanicznością. Nie była piękna, ale miała w sobie coś, co przyciągało mężczyzn. Na początku było cudownie. Było mu z nią lekko. Gdy pojawiała się w towarzystwie, świat zaczynał kręcić się wokół niej.

Gotować nie lubiła. I jemu to nie przeszkadzało. Zaparzenie kawy i zrobienie kanapek na śniadanie — do tego nie potrzeba talentu. Obiady jadał w barze niedaleko pracy. Wieczorami często przychodzili znajomi, przynosili zakąski lub zamawiali pizzę.

Weekendy spędzali w łóżku do południa, potem szli do knajpy lub do przyjaciół, gdzie obiad przechodził w kolację. Takie życie przez jakiś czas mu odpowiadało. Ale potem przyjaciele zaczęli znikać — zakładali rodziny, mieli dzieci. Krzysztof też próbował rozmawiać z Elżbietą o dziecku. Jaka rodzina bez dzieci? Ona machała ręką, odwracała wszystko w żart — jeszcze zdążą nacieszyć się pieluchami i płaczem niemowląt.

— Dlaczego tak na mnie patrzysz? No dobrze, nie chcę dzieci. NA RAZIE. Czy nam źle we dKiedy noworoczne słońce rozświetliło pokój, Krzysztof obudził się z uśmiechem, wiedząc, że dziś zabierze Danka na świąteczny spacer, a wieczorem wraz z Tanią i jej matką zasiądą do wspólnej wigilijnej wieczerzy, jakiej dawno nie mieli.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 − cztery =

Dlaczego tak na mnie patrzysz? Przecież nie chcę dzieci, czy nie jest nam dobrze razem?