W złotej klatce
Karolina weszła do mieszkania i cicho zaczęła się rozbierać, starając się nie obudzić matki. Ledwo powstrzymała jęk, gdy zdejmowała nowe buty, które obtarły jej nogi.
— Dlaczego tak wcześnie wróciłaś? Uciekłaś? Nie podobało ci się na weselu? — z przedpokoju wyjrzała mama.
— A ty dlaczego nie śpisz? Czekałaś na mnie? — odcięła się Karolina.
Mama zacisnęła usta i wróciła do pokoju. Karolina poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Matka nie spała, czekała, chciała usłyszeć wieści, a ona była niemiła. Weszła więc do pokoju, usiadła obok mamy na kanapie i przytuliła się.
— Nie przypochlebiaj się. Jeśli nie chcesz, nie musisz mówić. I tak dowiem się wszystkiego od matki Agnieszki.
— Mamo, przepraszam. Jestem zmęczona, nogi mnie bolą. Restauracja była przepyszna, gości było z pięćdziesiąt. Hałaśliwie, wesoło. A Agnieszka w białej sukni wyglądała cudownie. I pan młody przystojny… — wyliczała Karolina.
— To dlaczego wróciłaś przed czasem? — przerwała jej mama.
— Mamo, wszyscy tam tacy ważni, nadęci jak indyki. Nie są zwykłymi ludźmi. A jutro muszę wstać wcześnie.
— Dokąd? Jutro niedziela — zdziwiła się mama, wpatrując się w córkę.
— Tym bardziej. Rano ci opowiem. Idę pod prysznic. — Karolina cmoknęła mamę w usta i poszła do swojego pokoju przebrać się.
Z obrzydzeniem zrzuciła swoją wizytową sukienkę, która przy strojach innych gości wyglądała na tandetną i skromną. Potem wzięła prysznic, dokładnie szorując plecy, gdzie dotykały ją spocone dłonie grubasa.
Zaprosił ją do tańca, ignorując jej wymówki. Nie mogła przecież z nim walczyć. Przyciskał ją mocno do swojego wielkiego brzucha. Czuła na plecach jego wilgotne, gorące dłonie. Oburącz buty wrzynały się w skórę. Ledwo wytrzymała do końca utworu.
Potem podszedł do jej stolika i nalewał kolejne kieliszki wina. Nikt się nią nie interesował. Jedyna znajoma osoba, jej przyjaciółka, była zajęta gośćmi i swoim nowo poślubionym mężem. Tylko dwa razy zauważyła na sobie czyjeś zainteresowane spojrzenie. Ale tamten mężczyzna nie zrobił nic, by uwolnić ją od natrętnego adoratora.
Powiedziała, że musi do toalety, i uciekła. Przed restauracją złapała taksówkę i wróciła do domu. Nie, nie chciałaby takiego wesela dla siebie. Wszystko było odegrane jak w sztuce, gdzie każdy miał swoją rolę. Karolina czuła się jak statystka.
Długo nie mogła zasnąć. W głowie wciąż słyszała muzykę, brzęk kieliszków, rozmowy, toasty, śmiech… Przypomniała sobie tamtego mężczyznę. *„Lepiej, żeby to on mnie zaprosił do tańca, a nie ten tłusty wieprz. I nie ma co o nim myśleć”* — powiedziała sobie Karolina, przekręciła się na bok i w końcu zasnęła.
Ciepły wrzesień przeminął, a nadszedł chłodny i deszczowy październik. Agnieszka wróciła z podróży poślubnej i zaprosiła Karolinę do siebie, by podzielić się wrażeniami.
Karolinie też chciało się zobaczyć, jak żyją bogaci ludzie. Ale nie wypadało iść z pustymi rękami. Po zajęciach wstąpiła wdo cukierni i kupiła ulubione ciastka Agnieszki, ale gdy wychodziła, w drzwiach niemal wpadła na mężczyznę, który nagle uśmiechnął się i powiedział: „Czy to nie pani uciekła z wesela jak Kopciuszek?”.



