Zasłużone szczęście
Dagmara wróciła z pracy, przebrała się i napiła herbaty. Kolację jeszcze miała czas przygotować. Marek miał wrócić za dwie godziny. Wzięła książkę, położyła się na kanapie i z rozkoszą wyciągnęła nogi. Cały dzień chodziła w butach na obcasie.
Pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej. Zawsze elegancka, z nienaganną fryzurą. Nosiła proste garnitury i skromne sukienki – taki był szkolny dress code. Codziennie spotykała się z rodzicami uczniów, a ci byli różni – jedni skromni, inni zamożni. Starała się nie wyróżniać ani wśród tych pierwszych, ani drugich. Po latach pracy nauczyła się mówić spokojnie, ale wyraźnie, bez podnoszenia głosu. Dzieci i rodzice ją szanowali.
Po kilku stronach oczy Dagmary zaczęły się kleić. Zamknęła je i mimowolnie zasnęła. Obudził ją dźwięk książki upadającej na podłogę. Usiadła, przetarła oczy i pochyliła się, żeby ją podnieść. W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Marek miał swój klucz, a do jego powrotu było jeszcze daleko. Dzwonek powtórzył się – nieśmiały, krótki.
W przedpokoju spojrzała w lustro, poprawiła zmierzwione włosy i otworzyła drzwi.
Na progu stał Krzysztof, przyjaciel i kolega Marka.
– Cześć, Dagmara.
– Cześć, Krzysiu. Marek jeszcze nie wrócił – powiedziała.
– Wiem. Właściwie to przyszedłem do ciebie. – Krzysztof przestępował z nogi na nogę.
– Wejdź. – Dagmara odsunęła się, wpuszczając go do środka.
Zdjął płaszcz, powiesił go na wieszaku, a szalik wetknął w rękaw. Potem zdjął buty. Dagmara obserwowała go, zastanawiając się, co mogło go do niej sprowadzić. Czyżby coś się stało Markowi?
Krzysztof poprawił marynarkę i spojrzał na nią, czekając na zaproszenie dalej.
– Chodź do kuchni – zaproponowała.
Jak wiadomo, najlepsze rozmowy toczą się przy kuchennym stole.
Krzysztof wszedł pierwszy i usiadł. Dagmara podeszła do kuchenki, włączyła czajnik. Ten natychmiast zaczął szumieć.
– Herbatę czy kawę? – zapytała, odwracając się do gościa.
– Herbatę chętnie – odparł.
Dagmara wyjęła z szafki filiżankę. Waza z ciastkami i cukierkami stała już na stole. Czajnik zagotował się niemal natychmiast, głośnym gwizdem ogłaszając gotowość.
Nalała herbatę i przysunęła Krzysztofowi wazonik z cukierkami. Usiadła naprzeciwko.
– Nie napijesz się ze mną? – zapytał Krzysztof, wyraźnie nieswojo.
– Nie przyszedłeś tutaj bez powodu. Co się stało? Z Markiem? – zignorowała jego pytanie.
– Twój Marek żyje i ma się dobrze. – Krzysztof spuścił wzrok, udając, że wybiera cukierek.
– Mów wreszcie – nalegała, tracąc cierpliwość.
– Od dawna chciałem ci powiedzieć… – Krzysztof wziął cukierek i zaczął obracać w palcach. – Jesteś piękną, mądrą kobietą, świetną gospodynią… – zaczął, rozwijając papierka. – Nie chciałem się wtrącać w wasze życie, ale muszę ci otworzyć oczy na Marka. – Włożył cukierek do ust i zaczął go żuć.
– No i? Mam cię prosić, żebyś w końcu powiedział? – Dagmara była już zirytowana.
– Nieprzyjemnie mi to mówić… – Krzysztof hałaśliwie pociągnął łyk herbaty.
– Mów – naciskała.
– Marek ma kochankę – wykrztusił i zakrztusił się cukierkiem.
Dagmara poderwała się, pochyliła nad stołem i klepnęła go po plecach. Potem z powrotem usiadła i roześmiała się.
– Nie zrozumiałaś, co powiedziałem? Nie wierzysz? A może już wiedziałaś? – zdziwił się Krzysztof.
– Uff, a ja już myślałam, że stało się coś strasznego – odparła, uspokajając się.
Teraz jego kolej była się dziwić.
– No i co z tego? Marek przystojny facet, w pełni sił – powiedziała Dagmara. – A tobie co do tego? Mieliście się za przyjaciół, a przyjaciele nie zdradzają. Sam ile razy chodziłeś na bok? – spojrzała na niego zimno.
– Rozwaliłeś swoją rodzinę, a teraz przyszedłeś burzyć moją? – uniosła głos, nawet wstając od stołu.
– Chciałem ci tylko otworzyć oczy. Ty dla niego wszystko robisz. Gotujesz, pierzesz, pieczesz ciasta. Jesteś idealna. A on cię nie docenia – wydukał Krzysztof, czerwieniejąc, czy to ze wstydu, czy od herbaty.
– Napijesz się jeszcze herbaty? A teraz idź. Marek lada chwila wróci – odcięła się ostro.
– Pójdę, ale pomyśl o tym, co powiedziałem. Dobrze się zastanów. Ostrzegałem, więc…
– Idź już, dobrodzieju – przI wtedy właśnie otworzyły się drzwi i wszedł Marek, niosąc w rękach bukiet róż i szeroki uśmiech, bo prawdziwe szczęście nie potrzebuje wyjaśnień, tylko wiary w to, co łączy ludzi od lat.



