Losy ludzi bywają różne. Jedni mają szczęście spotkać miłość swojego życia już w młodości. Inni znajdują ją dopiero po przejściach – zdradach, rozwodzie, gdy już stracili nadzieję na szczęście.
Jurek należał do tych drugich. Poznał swoją przyszłą żonę jeszcze na studiach. Uroczą i skromną Basię, która przyjechała na naukę z małego prowincjonalnego miasteczka. Od razu mu się spodobała. On był zwyczajnym, niepozornym chłopakiem. Basia długo nie odwzajemniała uczuć.
Ale na ostatnim roku, gdy wielu studentów znalazło swoje drugie połówki, a niektórzy nawet zdążyli założyć rodziny i doczekać się dzieci, Basia nagle zwróciła uwagę na Jurka. Był w siódmym niebie i oczywiście prawie natychmiast oświadczył się. Ku jego radości przyjęła propozycję.
Matka Jurka rozumiała, że dziewczyna nie chce wracać na prowincję. Małżeństwo z Jurkiem dawało jej zameldowanie w dużym ośrodku wojewódzkim niedaleko Warszawy, duże mieszkanie w centrum i dobrą pracę. Ale widząc, jak syn jest zakochany i szczęśliwy, postanowiła nie burzyć jego złudzeń.
Ślub wzięli zaraz po otrzymaniu dyplomów. W restauracji za miastem zebrało się mnóstwo gości, głównie studencka brać. Tylko rodzice panny młodej nie przyjechali.
Basia tłumaczyła, że ojciec jest chory, leży przykuty do łóżka, a matka nie może go zostawić samego. Na dalsze pytania odpowiadała wymijająco. Jej twarz stawała się smutna, a w oczach pojawiały się łzy. Rodzice Jurka uznali, że nie ma co drążyć tematu. Dziewczyna i tak przeżywa z powodu rodziców, pomocy też nie przyjmowała.
„Wszędzie mama woziła tatę. Nikt nie mógł mu pomóc” – mówiła Basia, a jej oczy ciemniały z żalu.
Rodzice Jurka starali się zastąpić Basi rodziców. Żyli więc razem zgodnie i szczęśliwie. Basia prawie od razu zaszła w ciążę. Nie szukała pracy. Pieniędzy starczało, a i tak niedługo miałaby iść na macierzyński. A tam, kto wie, może i drugie dziecko przyjdzie. Po dziewięciu miesiącach Basia urodziła pierworodnego. Rodzice nalegali, by chłopca nazwać na cześć ojca Basi, Bartoszem.
Drugą ciążę Basia zaszła dopiero po ośmiu latach. W tym czasie z Jurkiem kupili własne mieszkanie. Poród był ciężki, przedwczesny. Urodziła się malutka, słaba dziewczynka. Nazwali ją Anią, na cześć matki Jurka.
Ani ojciec, ani matka Basi nigdy nie zobaczyli wnuków. Rok po narodzinach Bartosza zmarł ojciec. Matka przeżyła go tylko osiem miesięcy.
Gdy Ania poszła do szkoły, Basia zapragnęła wrócić do pracy. Męczyło ją siedzenie w domu. Oczywiście, nie mogła już pracować w wyuczonym zawodzie, wiedza wywietrzała, a doświadczenia nigdy nie miała – nie przepracowała ani dnia.
Rodzice Jurka użyli znajomości i udało się załatwić Basi posadę asystentki dyrektora w dużej firmie, czyli po prostu sekretarki.
Teraz dużo czasu spędzała w klubie fitness. Zaczęła się modnie ubierać, malować. Wyglądała na bizneswoman, a nie na gospodynię domową. Znajomi i koledzy z pracy wypominali Jurkowi, że taką piękność trzymał w domu, ukrywał przed światem.
Basia zaniedbała dzieci. Bartosz kończył szkołę, szykował się na studia, niedługo miał żyć własnym życiem. Córeczka Ania prawie cały czas spędzała u babci i dziadka. Ci rozpieszczali ją bez umiaru, rekompensując brak matki.
Coraz częściej Jurek słyszał od żony pretensje i przytyki. Że o siebie nie dba, brzuch mu urósł, powinien zapisać się na siłownię, podciągnąć mięśnie, schudnąć. I coraz częściej stawiała mu za przykład swojego szefa, który był starszy od Jurka, a wyglądał jak trzydziestolatek.
Jurek od razu zrozumiał, o co chodzi. Pewnego dnia postanowił wpaść do żony do pracy. Znalazł pretekst. U ojca niedługo jubileusz, trzeba kupić coś nietuzinkowego na prezent, poradzić się żony. Nie można przecież omawiać tego przy rodzicach.
Wszedł do sekretariatu – pustka. Zapukał do gabinetu dyrektora. Nie doczekawszy się odpowiedzi, wszedł. Rozejrzał się po pustym pomieszczeniu i zauważył drzwi w bocznej ścianie. Gdy podszedł bliżej, usłyszał charakterystyczne odgłosy, nie pozostawiające wątpliwości, co się tam dzieje.
Bez wahania Jurek otworzył drzwi. Jego skromna Basia, z podwiniętą spódnicą, siedziała okrakiem na rozwalonym na kanapie dyrektorze ze spuszczonymi spodniami. Poznał ją nawet z tyłu – w końcu żyli razem siedemnaście lat.
Jurek stał jak wryty i patrzył, po czym zamknął drzwi i wyszedł. To było zbyt szokujące, nierealne. Sam nie wiedział, dlaczego nie rzucił się, nie ściągnął żony z dyrektora, nie uderzył go w tę zadowoloną z siebie twarz.
Basia wróciła do domu, jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięta jak kot po wypiciu śmietanki. Teraz wszystko stało się jasne. Dlatego ostatnio unikała zbliżeń. Zawsze znajdowała powód – zmęczenie, ból głowy, miała cały arsenał wymówek. A chodziło o to, że męczyła się, zaspokajając dyrektora. Taka oto skromnisia.
Jurek powiedział żonie, że wszystko wie, widział na własne oczy i nie ma co się wypierać. Basa szybko opanowała przerażenie.
„No dobrze, skoro wszystko wiesz… To nawet lepiej” – powiedziała lekko. – „Odchodzę od ciebie.”
„A dzieci?”
„Bartosz jest dorosły, samodzielny, lada dzień się ożeni. A Ania niech sama zdecyduje.”
I Ania nie zastanawiała się długo – z nowym mężem matki mieszkać nie chciała. Z ojcem też nie zostanie. On może ułożyć sobie życie, pojawi się macocha… A babcia i dziadek rozpieszczają, z nimi będzie wygodnie i korzystnie.
Tak się rozstali. I został Jurek sam. Nie chłopiec, mężczyzna w sile wieku. Dyrektor miał mieszkanie, ale Basia zażądała samochodu. Przywykła. Jurek nie robił problemu, oddał auto. Niech sobie bierze wszystko, jemu samemu niczego nie trzeba.
A po jakimś czasie Jurek poznał Ewę. Jej też mąż odszedł. Tylko że nie miała dzieci. Przeziębiła się w młodości. Po prostu żyli razem.
Bartosz skończył studia i się ożenił, Ania nie chciała dalej się uczyć. Nagle zmarł ojciec Jurka. Matka przeżyła go dwa lata. Ania została pełnoprawną właAnia pewnego dnia niespodziewanie pojawiła się u drzwi ojca z przeprosinami i garścią wspomnień z dzieciństwa, którymi wreszcie chciała się podzielić.



