Podróż nad morze

Pobyt nad morzem
Marian Krzysztof Kowalski w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat został wdowcem. Córka zaraz po pogrzebie matki zaproponowała ojcu, by zamieszkał z nią.

„Tato, przyjedź do nas. Jak ty tu sam będziesz? To trudne. Chociaż na początku przyjedź. Otrząśniesz się…”

„Dziękuję, córeczko, ale nie przyjadę. Nie martw się o mnie. Nie jestem starym niedołęgą, potrafię się sobą zająć. Co ja tam u was będę robił? Lepiej ty zostań u mnie dłużej” – Marian Krzysztof spojrzał na córkę z nadzieją.

„Tato, tam Jacek i Piotr są sami. Jacek ma trudny wiek nastoletni, Piotr pracę… Muszę wracać” – powiedziała winowajczo Elżbieta i przytuliła ojca.

„Rozumiem” – Marian Krzysztof poklepał córkę po dłoni.

„Tato, jeśli czegoś będziesz potrzebował, od razu dzwoń. Obiecujesz?”

„Co ja sam będę potrzebował? Ugotuję sobie, pralka upierze, podłogę umyję. Kiedy Bronisława chorowała, wszystkiego się nauczyłem. Tylko mi podpowiadała. Albo u mnie brudno?” – W głosie mężczyzny zabrzmiała uraza.

„Co ty, tato, bardzo czysto u ciebie. Nie gniewaj się, po prostu się o ciebie martwię” – Elżbieta przytuliła się do ramienia ojca.

„Nie zacznę pić z żalu. W młodości wódką się nie fascynowałem, a teraz już za późno zaczynać. Nie przejmuj się, jedź.”

Tak postanowili. Marian Krzysztof spakował córce jedzenie na drogę. Elżbieta uniosła ciężką torbę.

„Tato, po co aż tyle? U nas wszystko jest.”

„Spróbowałabyś odmówić matce. Bierz, nie zaszkodzi. Pociąg zawiezie, a tam Piotr cię spotka” – burknął bez złości.

Na dworzec dotarli na kilka minut przed odjazdem pociągu. Konduktorka sprawdziła bilet i kazała wsiadać, bo za minutę skład ruszy.

Elżbieta ostatni raz przytuliła ojca, pocałowała w szczeciniasty policzek. Szybko wzięła z jego rąk torbę, ukrywając łzy. Weszła do wagonu. Gdy konduktorka zamykała drzwi, machała ojcu i uśmiechała się przez łzy.

Marian Krzysztof długo patrzył, jak pociąg, nabierając prędkości, zmieniał się w punkt, aż zniknął z oczu. Serce ściskał żal i ból. Oto został sam. Kiedy córka była przy nim, udawał twardziela, teraz pozwolił łzom płynąć. Wokół rozlegały się głosy, śmiech, ludzie się spieszyli, a on szedł do przystanku, jak przez pustynię, nic nie widząc.

„Ach, Bronisławo, jak ja teraz bez ciebie żyć? Może źle zrobiłem, nie jadąc z Elżbietą?” Doszedłszy do przystanku, postanowił wrócić do domu pieszo, odwlekając moment powrotu do pustego mieszkania.

Wolno szedł ulicą, wspominając, jak poznał Bronisławę…

***

Od szkoły Marcin był zakochany w Zosi, drobnej dziewczynie z mnóstwem złocistych piegów na twarzy i miedzianymi włosami. Piegi nie znikały nawet zimą, tylko bladły. Marcin nazywał ją pieszczotliwie słoneczkiem.

W klasie maturalnej u jej ojca wykryto gruźlicę. Lekarze radzili przenieść się w cieplejszy klimat, z wilgotnej środkowej Polski. Rodzice Zosi szybko sprzedali mieszkanie i wyjechali na południe, nad Bałtyk. Kupili tam dom.

Najpierw często do siebie pisali. Gdy tylko matka weszła do pokoju, Marcin albo marzył, patrząc przez okno, albo pisał list. W każdym obiecywał Zosi, że następnego lata na pewno do niej przyjedzie. Matka krzyczała, że zamiast przygotowywać się do egzaminów na studia, zajmuje się głupotami. Marcin ledwo słyszał, był już myślami tam, z Zosią.

Po pierwszym roku pojechał na praktyki, by zarobić na podróż, nie prosząc rodziców. Wrócił w połowie sierpnia chudszy i opalony, i oznajmił od progu, że jedzie na południe, do Zosi.

Matka przyjęła to wrogo.

„Nie puszczę cię samego. Napisz najpierw, uprzedź, zapytaj o zgodę jej rodziców. Spadniesz jak śnieg na głowę. Minął rok, wszystko mogło się zmienić.”

Komórek jeszcze nie było, a telefony stacjonarne mieli nieliczni, szczególnie w domkach. Musiał znów napisać list, niecierpliwie czekać na odpowiedź, żałując, że wcześniej nie napisał do rodziców Zosi i stracił czas.

Gdy odpowiedź przyszła, okazało się, że bilet na pociąg jest praktycznie niedostępny, nie mówiąc o powrocie. Wszyscy jakby się zmówili i resztę lata spędzali nad morzem. I tak Marian nie pojechał tamtego lata do Zosi.

Urażony na rodziców i cały świat, napisał, że następnego lata zadba o bilety wcześniej i na pewno przyjedzie, mają całe życie przed sobą…

Zosia nie odpowiedziała. Marcin cierpiał, złościł się na rodziców, pisał list za listem, ale odpowiedzi nie dostał.

W deszczowy jesienny poranek Marian biegł na przystanek i wpadł na dziewczynę. Zaskoczona upuściła torbę prosto w kałużę. Na zajęcia tego dnia nie trafił.

On i Barbara siedzieli w kawiarni i rozmawiali. Z nią było łatwo, jakby znał ją od zawsze. Ona też studiowała, tylko w szkole pielęgniarskiej. Jej torba i podręczniki suszyły się na kaloryferze przy oknie.

„Nic ważnego przez mnie nie straciłaś?” – ocknął się Marian.

„Egzamin z anatomii. Wykładowca jest bardzo surowy, i tak bym nie zdała” – odparła lekko Barbara.

Marian zaskoczył jej czarny wzrok. Spojrzenie jak w otchłań, bez dna. Początkowo myślał jeszcze o Zosi, ale była daleko, a nowa miłość tuż obok.

Matce Barbara od razu się spodobała. Skromna, poważna i z dobrym zawodem. Nie bała się oddać jedynego syna pod jej opiekę. Ich miłość była spokojna i równa, jak ona sama. Równo skończyli studia i od razu się pobrali. Rok później Barbara urodziła córeczkę.

Zosia czasem mu się śniła. Budził się roztrzęsiony, ale zaraz się uspokajał. Obok była Barbara i Elżbietka. Pewnie i Zosia dawno założyła rodzinę. Nie było czego żałować. Co się stało, to się stało.

***

Wróciwszy do domu, Marian Krzysztof postanowił nie poddawać się smutkowi, wziął się za sprzątanie: zdjął czarne tZdjął czarne tłumienie z luster, wyrzucił pościel, w której spała córka, otworzył na oścież okna i umył podłogi, a gdy do czystego mieszkania wtargnął gwar miasta, nagle zrozumiał, że najważniejsze jest to, co zostawił za sobą, a nie to, co mógł jeszcze znaleźć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 + 7 =

Podróż nad morze