W imię miłości

Dla miłości

— Dziewczyno, nie powiesz mi, gdzie jest ulica Sienkiewicza? Krążę w kółko, nikt nie wie.

Przed Elią stał przystojny chłopak z dużą czarną torbą przerzuconą przez ramię.

— To taki wasz sposób na poznanie? — spytała.

— Jestem Marek. A ty?

— Zuzanna — skłamała Ela i ruszyła dalej, ale chłopak ją dogonił.

— Naprawdę szukam tej ulicy. Kolega zaprosił mnie na wesele, a ja zupełnie nie znam miasta.

Dopiero teraz Ela zauważyła, że ma na sobie koszulę w kratę, luźne spodnie, nie te obcisłe, jak teraz moda każe. I tą torbę podróżną. Widać, że nie stąd.

— Idź prosto, na światłach skręć w prawo, w zaułek. Tam będzie ulica Sienkiewicza — powiedziała, już łagodniej.

— Dzięki. — Marek rozpromienił się, a jego twarz zupełnie się zmieniła. — Więc jednak, jak masz na imię?

— A ty?

— Mama kocha Mickiewicza, dlatego nazwała mnie Markiem. Lepiej niż Zbyszko, co? — Roześmiał się swojemu żartowi.
Ela nigdy nie słyszała, żeby chłopcy śmiali się tak pięknie, szczerze, od serca.

— Nie wiem, czy moja mama lubi Mickiewicza, ale mnie nazwała Elżbietą. — Ela też się zaśmiała.

— Pójdziesz ze mną jutro na to wesele? Kolega się żeni. A ja tu nikogo nie znam. — Patrzył na nią z nadzieją.
Zmarszczyła brwi. Wydawał się szczery, sympatyczny.

— Wybacz, jutro mam egzamin, muszę się uczyć. — Znów próbowała odejść.

— Daj mi numer telefonu, a pójdę. Jak inaczej mam ci powiedzieć, o której godzinie wesele?

— A czy ja powiedziałam, że z tobą pójdę? — zdziwiła się Ela.

— Nie, ale… Studujesz? Zaraz zgadnę… — Marek udawał, że skupia myśli. — Będziesz lekarzem.

— Tak. Skąd wiedziałeś? — zdumiała się Elżbieta.

— Moja mama mówi, że najbardziej pomocni ludzie to nauczyciele i lekarze. Nie odejdę, dopóki nie podasz mi numeru. Pójdę za tobą, żeby wiedzieć, gdzie mieszkasz. Jutro przyjdę, stanę na środku podwórka i będę wołać twoje imię.

Ela niechętnie podyktowała numer.

— Zadzwonię! — krzyknął za nią.

Mama bardzo chciała, żeby Marek kontynuował naukę po liceum. Ale na studia dzienne nie starczyło mu punktów, a na płatne nie było pieniędzy. Marek, jak większość chłopaków, wolał grać w piłkę niż ślęczeć nad książkami.

Żyli z mamą sami w małym miasteczku, gdzie była tylko jedna szkoła, w której mama uczyła polskiego i literatury. Nawet szpital był, ale z poważnymi problemami jeździło się do wojewódzkiego.

Marek znalazł pracę w warsztacie samochodowym u przyjaciela ojca. Na studia pójdzie po wojsku. Dziewczyny go lubiły, ale żadna nie poruszyła jego serca. Ojciec zginął w pożarze. Był budowlańcem i postawił duży, piękny dom dla swojej rodziny.

Pewnego wieczoru szedł do domu i zobaczył, jak z okien drewnianego domu bucha dym. Tamtego lata panował upał, pożary nie były rzadkością. Kobieta wybiegła, błagając o pomoc. Wyszła do sąsiadki, w domu został syn…

W oknach już szalał ogień, ludzie zbiegali się na miejsce. Drzwi były zamknięte od środka. Ojciec Marka wybił okno i zniknął w płomieniach. Chłopca znalazł szybko. Trafił do jego pokoju. Ale tamten już się podtruł dymem i stracił przytomność. Ojciec podał chłopca przez okOdtąd Marek i Ela żyli razem, a ich miłość, zahartowana w trudnych chwilach, rozkwitała jak jabłonie wiosną, przypominając im, że nawet najciemniejsze noce kończą się świtem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 − 1 =

W imię miłości