Inny Wybór

**Inny Kowalski…**

Krzysztof poczuł, jak Weronika dotknęła jego dłoni.
— Co? — Otworzył oczy. — Zaczęło się?
Zagadkowo się uśmiechała, patrząc na łóżko obok niego.
Krzysztof obrócił głowę i zobaczył zawiniątko. Dotknął je, ale kocyk uginał się pod jego palcami. Było puste…
— Krzysztof! — z oddali dobiegł zaniepokojony głos Weroniki.

Otworzył oczy i ujrzał jej napiętą twarz, jakby nasłuchiwała czegoś. Potrząsnął głową, próbując otrząsnąć się z resztek snu.

— Co? Już czas? Przecież zostały jeszcze dwa tygodnie…

— Nie wiem, boli mnie brzuch — odparła Weronika.

— Dobra — Krzysztof podparł się na łokciach. — Trzeba wezwać karetkę. — Spojrzał na łóżko obok. Żadnego zawiniątka. Z ulgą westchnął, odpędzając senne majaki.

— Poczekajmy. Nie jestem pewna, czy to skurcze. Po prostu pobolewa. Mówili, że karetkę wzywamy, gdy przerwy będą co dziesięć minut. — Weronika patrzyła na męża z nadzieją.

— Zanim karetka dojedzie, urodzisz. Gdzie mój telefon? — Krzysztof sięgnął po dżinsy na oparciu krzesła. Z kieszeni wypadł telefon, tłumiony przez puszysty dywan.

Ocknął się na dobre, wstał, podniósł telefon i naciągnął spodnie. Za plecami Weronika jęknęła, obejmując brzuch.

— Co? Skurcz? — Przeskoczył na drugą stronę łóżka, usiadł przy niej i zaczął ugniatać jej plecy pięściami, jak uczono na szkole rodzenia.

— Oddychaj głęboko — powiedział, sam głośno wciągając powietrze nosem i wydychając ustami.
Weronika go naśladowała.

— Już lepiej — szepnęła, zmuszając się do uśmiechu.

— Wzywam karetkę. — Krzysztof zerwał się z łóżka. — Nie. Ubieraj się, zawiozę cię sam do szpitala. Będzie szybciej.

Torba z niezbędnymi rzeczami stała od dawna w kącie sypialni.

— Dokumenty w szufladzie nocnej szafki — odezwała się Weronika, wciągając luźną sukienkę.

Krzysztof wyjął papiery, zauważył ładowarkę na dnie szuflady, wrzucił ją do torby razem z teczką.

— A paszport?

— W szafie — odpowiedziała spod materiału Weronika.

Krzysztof pobiegł do drugiego pokoju, szukając paszportu, przeklinając w myślach, że nie spakowała wszystkiego razem. *„Jej telefon…”* — Gdzie twój telefon? — krzyknął.

— Tutaj, na szafce — odparła spokojnie Weronika.

— Weronika, mówiłem, żeby wszystko było pod ręką. Jak dziecko — mruczał, wchodząc do sypialni. — A grzebień, szczoteczka…

Weronika uśmiechnęła się przepraszająco, ale grymas bólu wykrzywił jej usta.

— Zaraz. — Rzucił torbę na podłogę i znów masował jej plecy.
Wściekłość wezbrała w nim. Spojrzał na zegarek — była wpół do szóstej rano.

Weronika rozluźniła się, ból ustąpił, by za chwilę powrócić.

Krzysztof naciągnął bluzę, podniósł torbę.

— Chodź, może zdążymy zejść przed następnym skurczem.

Weronika powłóczyła się do przedpokoju, podtrzymując ciężki brzuch. Krzysztof wsunął jej na opuchnięte stopy szerokie buty. Modne obuwie stało odstawione w kąt. Pomógł jej założyć płaszcz, narzucił kaptur, sam zaczął się ubierać. Skarpetki… Zapomniał o skarpetkach, nie było czasu ich szukać. Wsadził bose stopy w buty…

— Idziemy? — Pomógł Weronice wstać z niskiego taboretu i wyszli.

W drodze do windy Weronika przystanęła, jęknęła, opierając się o ścianę. Krzysztof współczuł, rozumiał, ale irytowała go jej powolność. W ten sposób w godzinę nie dotrą do szpitala. Gdyby choć udało się wsiąść do auta.

— Powoli, w samochodzie będzie lżej — szepnął, ciągnąc ją do windy. — Zaraz będziemy — powtarzał, jak modlitwę.

Miasto dopiero się budziło. Tu i ówdzie zapalały się światła w oknach. Przez noc spadło tyle śniegu, że wyjazd z podwórka był utrudniony.

*„Dlaczego ludzie, planując dziecko, nie biorą pod uwagę pory roku? Latem byłoby prościej. Świt wcześnie, zero śniegu — raj. Następnym razem trzeba to przemyśleć…”* Myśli Krzysztofa przerwał jęk Weroniki.

Na drogach było pusto, Krzysztof wcisnął gaz…

— Wer, wytrzymaj. Jeszcze chwila. Oddychaj…

Czuł, jak za każdym razem, gdy Weronika się kurczyła, jego własne mięśnie brzucha mimowolnie napinały się. Ale to nie to samo, co jej ból. Nie mógł go z nią dzielić, by ulżyć jej cierpieniu.

Wreszcie szpital. Krzysztof pomógł żonie wysiąść, ciągnął ją po pochylni do drzwi z napisem *„Przyjęcie”*, otworzył je i wszedł za nią. Pusto.

— Hej, jest ktoś? Żona rodzi! — krzyknął w pustkę.
Głos odbił się echem.

Znikąd pojawiła się kobieta w białym kitlu.

— Spokojnie, tatusiu. Co ile minNa korytarzu rozległ się płacz noworodka, a Krzysztof, choć wyczerpany, uśmiechnął się, bo wreszcie zrozumiał, że to dopiero początek ich największej przygody.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × dwa =

Inny Wybór