Mieszkanie
Kiedy Justyna z mężem wprowadzili się do bloku, na parterze już mieszkała para emerytów. Halina Stefanowa i Bogdan Janowicz wszędzie chodzili razem — na zakupy, do przychodni, na spacery. Trzymali się pod rękę, wspierali nawzajem. Rzadko widywano ich osobno.
Pewnego dnia Justyna z Krzysztofem wracali do domu od znajomych. Przed klatką stało pogotowie, a z drzwi wynoszono kogoś na noszach. Za nimi dreptał dziadek Bogdan, ledwie nadążając, wytarty kapciami po chodniku.
Wszyscy mówili na niego „dziadek Bogdan”, ale jego żonę nazywali wyłącznie po imieniu i nazwisku — nigdy inaczej. Staruszek był siwy jak gołąb, nawet zarost w głębokich zmarszczkach twarzy miał srebrny. Zapadnięte powieki zasłaniały blade, przejrzyste oczy. Wyglądał na zagubionego i przestraszonego.
— Co się sta— Co się stało? — zapytał podszedłszy Krzysztof, ale staruszek tylko machnął ręką, jakby mówił, że nie ma czasu na rozmowę, więc mąż zwrócił się do jednego z ratowników, który właśnie wpychał nosze z drobną staruszką do karetki.



