Prawdziwy mężczyzna

Kasia z Leszkiem spotykali się od dwóch lat. Jej matka już zaczynała się martwić, że córka marnuje z nim czas, a do ślubu wciąż nie dochodzi. Sam Leszek twierdził, że nie ma się co spieszyć, zdążą, i tak jest im ze sobą dobrze…

Minęło lato, liście opadły z drzew, pokrywając chodniki złotym dywanem, zaczęły się deszcze. W jeden z tych wilgotnych, jesiennych październikowych dni Leszek nagle niezdarnie oświadczył się Kasi, wręczając jej skromny, mały pierścionek.

Oplotła jego szyję ramionami i szepnęła do ucha: „Tak”, potem wsunęła pierścionek na palec i radośnie krzyknęła: „Tak!”, wyciągając ręce do góry i podskakując z zachwytu.

Następnego dnia poszli do urzędu stanu cywilnego i, nieśmiało się rumieniąc, złożyli wniosek. Ślub zaplanowali na połowę grudnia.

Kasia wolałaby wesele latem, żeby wszyscy zobaczyli, jak pięknie wygląda w białej sukni. Ale nie sprzeciwiała się Leszkowi. Nagle mógłby przełożyć na kolejne lato, a potem mógłby zmienić zdanie. A ona go kochała i nie przetrwałaby rozstania.

W dzień ślubu szalała prawdziwa zamieć. Wiatr rozwiał starannie ułożoną fryzurę. Powiewający tren białej sukni unosił się jak dzwon, aż wydawało się, że kolejny podmuch porwie piękną pannę młodą i poniesie daleko, daleko. Na schodach Leszek złapał swoją szczęśliwą żonę na ręce i zaniósł do samochodu. Ani zamieć, ani rozwiane włosy nie były w stanie zepsuć radości zakochanych.

Pierwsze miesiące Kasia pływała w miłości i szczęściu. Wydawało się, że tak już zostanie. Oczywiście, zdarzały się małe sprzeczki, ale nocą szybko się godzili i kochali jeszcze mocniej.

Po roku w szczęśliwej młodej rodzinie urodził się Jasio.

Chłopiec rósł spokojny i błyskotliwy, ku radości mamy i taty. Leszek, jak większość mężczyzn, mało pomagał Kasi w opiece nad synem, bał się brać go na ręce, a jeśli już to zrobił, Jasio zaczynał płakać, i Kasia szybko go odbierała.

— Ty lepiej sobie z nim radzisz. Jak podrośnie, wtedy będę z nim grał w piłkę. Ja lepiej zajmę się waszym utrzymaniem — mówił Leszek, ale jego pensja ledwo starczała dla trójki.

Jasio podrósł, poszedł do przedszkola, Kasia wróciła do pracy. Ale pieniędzy nie przybyło, oszczędności na wkład własny do kredytu na mieszkanie wciąż brakowało. Zaczęły się pretensje, małżonkowie kłócili się, oskarżając się o zbędne wydatki. Już nie potrafili się tak łatwo godzić jak dawniej.

— Dość, mam dość. Ty harujesz, harujesz, a wciąż ci mało. Może je pożerasz? — zirytowany zapytał raz Leszek.

— Ty je pożerasz — odcięła się Kasia. — Patrz, jaki brzuch ci urósł.

— Nie podoba ci się mój brzuch? Ty też się zmieniłaś, wiesz? Ożeniłem się z pięknym motylem, a teraz jesteś gąsienicą.

Słowo za słowem pokłócili się na dobre. Kasia, ocierając łzy, poszła po Jasia do przedszkola. W drodze powrotnej, słuchając paplaniny syna, nagle zrozumiała, że nie może stracić Leszka. Gdy wróci do domu, przytuli go, pocałuje i przeprosi. A Leszek, jak dawniej, odpłaci się pocałunkiem i wszystko wróci do normy. Przecież kochający się kłócą się tylko po to, by się cieszyć. Nastrój jej się poprawił i Kasia przyspieszyła kroku, ciągnąc za sobą ledwo nadążającego Jasia.

Ale mieszkanie powitało ich ciszą i ciemnością. Z wieszaka zniknęła męska kurtka, nie było też butów. „Ochłonie, wróci” — pomyślała Kasia i zabrała się za smażenie ziemniaków ze skwarkami, które Leszek uwielbiał.

Ale Leszek nie wrócił, nie odbierał telefonów. Rano Kasia, zmęczona bezsennością i złymi myślami, odprowadziła Jasia do przedszkola i pojechała do pracy. Ledwie doczekała się przerwy obiadowej, wymogła wolne, tłumacząc się złym samopoczuciem, ale nie wróciła do domu, tylko pojechała do biura Leszka.

Kasia podeszła do jego gabinetu i, powtarzając w myślach przygotowane wcześniej słowa, otworzyła drzwi. Leszek stał do niej plecami i całował się z kobietą. Na ciemnej marynarce jego pleców bieliły się jej ręce z jaskrawym manicure, przypominając rozpostarte liście klonu.

Kobieta nagle otworzyła oczy i zobaczyła Kasię, ale nie odsunęła się od Leszka, nie zdjęła rąk z jego pleców, wręcz przeciwnie, mocniej go objęła.

Kasia wybiegła z biura jak oparzona. Szła, nie zwracając uwagi na drogę, potykając się o przechodniów, nic nie widząc przed sobą przez łzy. Nogi same zaniosły ją do domu matki.

— Mamo, za co on mnie tak potraktował? Czy wszyscy mężczyźni są tacy? — zapytała Kasia przez łzy.

— Jacy tacy? — spytała matka.

— Zdradzają. Pewnie to już od dawna, a ja nie zauważyłam. Nie może być tak, żeby nagle, z dnia na dzień?

— Nie wiem, córeczko. Gdy kochasz, cały świat zawiera się w jednym mężczyźnie. Dlatego wydaje nam się, że jeśli on zdradza, to cały świat, wszyscy mężczyźni to zdrajcy — westchnęła matka. — Nic, wróci.

— A jeśli nie wróci? — spytała Kasia stłumionym głosem.

— Z czasem ból minie. Masz syna. Myśl o nim. A jeśli nie wróci, może to i lepiej. Jesteś młoda, znajdziesz jeszcze swoje szczęście.

— Ty nie znalazłaś.

— Skąd wiesz? Może tylko bałam się, że z innym wszystko znów się powtórzy. A i ty już byłaś duża, bałam się o ciebie. A ty masz syna, on potrzebuje ojca…

Trochę się uspokoiwszy u matki, Kasia pojechała po Jasia do przedszkola.

— Mamo, pobóżmy się — poprosił syn w domu.

— Zostaw mnie w spokoju — odparła ostro Kasia.

— Nie lubię, gdy tak mówisz — drżącym głosem powiedział chłopiec i więcej się do niej nie zbliżał.

Leszek wrócił do domu, gdy Kasia już kładła Jasia do łóżka. Wyciągnął walizkę i zaczął pakować swoje rzeczy.

— Gdzie się wybierasz? — spytała Kasia, choć już się domyśliła.

— Wyprowadzam się. DoKasia spojrzała na syna, który mocno ściskał jej dłoń, i w końcu zrozumiała, że prawdziwe szczęście nigdy nie odeszło – zawsze było przy niej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + piętnaście =

Prawdziwy mężczyzna