**Zepsute geny**
Anna weszła do mieszkania, postawiła ciężkie torby na podłodze i głośno westchnęła.
— Jest ktoś w domu? — krzyknęła w stronę pokoju. — Dwóch mężczyzn w domu, a ciężkie torby sama dźwigam — mamrotała pod nosem. — Wszyscy chcą jeść, ale jak trzeba pomóc, to nikt się nie zgłasza — dodała głośniej, żeby na pewno usłyszeli. Rozbierała się hałaśliwie, wzdychając i stękając. W końcu w drzwiach pojawił się syn.
— Weź te torby i zanieś do kuchni. Tata jest w domu?
Tomek podniósł torby z podłogi.
— Ogląda telewizję — rzucił przez ramię. Mógłby nie wspominać o telewizorze. Matka przecież nie pytała, co ojciec robi. Ale po co sam ma zbierać matczyne pretensje? Niech i ojcu coś się dostanie.
— Czego tak krzyczysz? — W drzwiach stanął ojciec rodziny.
— Nic. Jestem zmęczona — odburknęła Anna. — Zaraz odpocznę pięć minut i zrobię obiad. Wszystko sama. Moglibyście chociaż makaron ugotować. Anna wsunęła nogi w kapcie i zgasiła światło w przedpokoju.
— Nie powiedziałaś. My byśmy ugotowali, prawda, Tomku? — ojciec, wyczuwając początek kłótni, szybko przywołał syna na pomoc.
Z kuchni dobiegało tylko szelest toreb i dźwięk zamykanej lodówki. Tomek postanowił zachować neutralność. Tak było bezpieczniej.
— Więc nie ugotowaliście — westchnęła Anna. — Gdybym miała córkę, sama by się domyśliła, co zrobić. A wy na nic się nie zdajecie — mruknęła, mijając męża i kierując się do kuchni.
— Aniu, jesteś zmęczona, rozumiem, ale po co się na nas z Tomkiem wyżywasz? Nie jestem jasnowidzem, nie zgadnę, czy mam ugotować makaron, czy ziemniaki. Powiedziałabyś, my byśmy ugotowali, nawet do sklepu byśmy poszli. Ja też dopiero wróciłem z pracy, też jestem zmęczony, a… — Mężczyzna przeciął powietrze krawędzią dłoni i zniknął w pokoju.
— No właśnie, zawsze trzeba wam wszystko mówić. Lepiej leżeć na kanapie — mamrotała Anna, ale już bez złości, raczej do siebie. Nie chciała awantury. Nie miała już na nią siły. Po prostu nie potrafiła tak od razu się uspokoić.
— Dziękuję, synku, idź odrabiać lekcje, resztę sama…
Tomek natychmiast pognał do komputera. Anna otworzyła lodówkę i pokiwała głową, przestawiając produkty z półki na półkę. Wyładowawszy złość, wreszcie się uspokoiła. Męża i syna uwielbiała, po prostu dziś „siano wleciało pod ogon”. Męska robota to nie kuchnia.
Po kolacji zebrała resztki makaronu z patelni do pojemnika, dodała kotlet. Chciała włożyć drugi, ale się rozmyśliła.
— Znowu niesiesz Kozłowskim? Uważaj, rozpuścisz ich, a potem sama będziesz narzekać, że ci na kark siądą — z przekąsem odezwał się mąż, mszcząc się za wcześniejsze mamrotanie.
— Nie Kozłowskim, tylko Kasi. W domu pewnie nie ma co jeść. Matka wszystko przepija. Szkoda dziewczyny. Widziałam, jak prowadziła pijaną matkę do domu. Ta nawet nóg za sobą nie włóczyła. Dziewczyna mądra, dobra, tylko z rodzicami jej nie poszło — tłumaczyła Anna, przebierając się w przedpokoju.
Mąż nie odpowiedział.
Anna zeszła na drugie piętro i zadzwoniła do zniszczonych drzwi, które nie wzbudzały zaufania — wystarczyło mocniej się oprzeć, by się otworzyły. Tylko po co? W mieszkaniu nie było co zabrać, nawet karaluchy uciekły z głodu.
— Kto? — rozległ się cienki głosik zza drzwi.
— Kasia, to ciocia Ania. Otw— Otwórz, przyniosłam ci coś do jedzenia — powiedziała Anna, a gdy drzwi się uchyliły, zobaczyła w szparze uważne oczy dziewięcioletniej Kasi.



