Dzisiaj zapisuję tę historię w moim dzienniku, by zachować ją w pamięci.
Kasia i Jacek byli razem od dwóch lat. Matka Kasi zaczynała się już niepokoić, że córka marnuje z nim czas, a do ślubu jakoś nie dochodzi. Sam Jacek twierdził, że nie ma się co spieszyć, jeszcze zdążą – i tak dobrze im razem…
Minęło lato, z drzew opadły liście, zasypując chodniki złotym dywanem, a potem nadeszły jesienne deszcze. I w jeden z tych mokrych, listopadowych dni Jacek nagle, niezgrabnie, oświadczył się Kasi, wręczając jej skromny, mały pierścionek.
Oplotła go ramionami i szepnęła do ucha: „Tak”, a potem włożyła pierścionek na palec i krzyknęła radośnie: „Tak!”, podnosząc ręce do góry i podskakując z wrażenia.
Następnego dnia poszli do urzędu stanu cywilnego i, trochę nieśmiało, złożyli papiery. Ślub wyznaczono na połowę stycznia.
Kasia marzyła o letnim weselu, żeby wszyscy widzieli, jak piękna jest w białej sukni. Ale nie sprzeciwiała się Jackowi. Boję się, że odłoży na kolejne lato, a potem może zmienić zdanie. A ona go kocha i nie przeżyłaby rozstania.
W dzień ślubu padał gęsty śnieg. Wiatr rozwiał starannie ułożone włosy, a koronkowa suknia falowała na wietrze, jakby miała unieść piękną pannę młodą hen, gdzieś daleko. Na progu Jacek wziął żonę na ręce i zaniósł do samochodu. Ani śnieg, ani zmierzwiona fryzura – nic nie było w stanie zepsuć ich radości.
Pierwsze miesiące Kasia pływała w szczęściu. Wydawało się, że tak już zostanie. Owszem, czasem się kłócili, ale nocą szybko się godzili i kochali mocniej niż przedtem.
Rok później urodził się Mateuszek.
Chłopiec rósł spokojny i bystry, ku radości rodziców. Jacek, jak większość mężczyzn, mało pomagał Kasi w opiece nad synkiem, bał się go brać na ręce, a jeśli już to zrobił, Mateusz zaczynał płakać i Kasia natychmiast go zabierała.
– Ty lepiej sobie z nim poradzisz. Jak podrośnie, wtedy będziemy grać w piłkę. Ja lepiej zajmę się utrzymaniem rodziny – mawiał Jacek, choć jego pensja ledwo starczała dla trójki.
Mateusz poszedł do przedszkola, Kasia wróciła do pracy. Ale pieniędzy nie przybyło, a na wkład własny do kredytu nie mogli uzbierać. Zaczęły się pretensje, kłótnie, wzajemne oskarżenia o zbędne wydatki. Dawna łatwość w godzeniu się zniknęła.
– Wszystko, mam dość. Harujesz całe dnie, a pieniędzy wciąż mało. Może ty je pożerasz? – rzucił pewnego dnia zirytowany Jacek.
– Ty lepiej zerknij na swój brzuch – odcięła się Kasia.
– Twój wygląd też się zmienił. Ożeniłem się z pięknym motylem, a teraz mam gąsienicę.
Słowo za słowem – pokłócili się na zabój. Kasia, ocierając łzy, poszła po Mateusza do przedszkola. Wracając, słuchając jego paplaniny, nagle zrozumiała, że nie może stracić Jacka. Wróci do domu, przytuli go, pocałuje i przeprosi. A on, jak dawniej, odwzajemni pocałunek i wszystko wróci do normy. Przecież kochający się kłócą się tylko dla zabawy. Nabrała otuchy i przyspieszyła kroku, choć Mateusz ledwo nadążał.
Ale w domu zastali ciemność i ciszę. Z wieszaka zniknęła kurtka męża, nie było też butów. „Ochłonie, wróci” – pomyślała Kasia i zaczęła smażyć ziemniaki ze skwarkami, które Jacek uwielbiał.
Ale Jacek nie wrócił, nie odbierał telefonów. Nazajutrz Kasia, wykończona bezsennością i złymi myślami, odprowadziła syna do przedszkola i pojechała do pracy. Ledwie doczekała przerwy obiadowej, zwolniła się, tłumacząc się złym samopoczuciem, ale nie wróciła do domu – pojechała do biura Jacka.
Kasia podeszła do jego gabinetu i, powtarzając w myślach przygotowane słowa, otworzyła drzwi. Jacek stał do niej plecami i całował się z kobietą. Na jego ciemnej marynarce bielały jej dłonie z jaskrawym manicure, rozłożone jak liście klonu.
Kobieta nagle otworzyła oczy i spojrzała na Kasię, ale nie odsunęła się od Jacka, nie zdjęła rąk z jego pleców – wręcz przeciwnie, przytuliła się mocniej.
Kasia wybiegła z biura jak oparzona. Szła bez celu, potykając się o przechodniów, oślepiona łzami. Nogi same zaniosły ją pod dom matki.
– Mamo, za co on mi to zrobił? Czy wszyscy faceci tacy są? – zapytała Kasia przez łzy.
– Jacy tacy? – spytała matka.
– Zdradzają. Pewnie już od dawna, a ja nie widziałam. Przecież nie mogło się to stać tak nagle?
– Nie wiem, córeczko. Gdy kochasz, cały świat zawiera się w jednym mężczyźnie. Dlatego wydaje nam się, że jeśli on nas zdradza, to cały świat jest zdrajcą – westchnęła matka. – Nic się nie martw, wróci.
– A jeśli nie wróci? – spytała Kasia stłumionym głosem.
– Z czasem ból minie. Masz syna. Myśl o nim. A jeśli nie wróci… może to i lepiej. Jesteś młoda, jeszcze znajdziesz szczęście.
– Ty nie znalazłaś.
– A skąd wiesz? Może po prostu bałam się, że z kimś innym znów będzie tak samo. A ty byłaś już duża, martwiłam się o ciebie. Ty masz syna, on potrzebuje ojca…
Nieco uspokojona, Kasia pojechała po Mateusza do przedszkola.
– Mamo, pobaw się ze mną – poprosił syn w domu.
– Daj mi spokój – odparła szorstko Kasia.
– Nie lubię, gdy tak mówisz – odparł drżącym głosem i już się nie narzucał.
Jacek wrócił, gdy Kasia układała Mateusza do snu. Wyciągnął walizkę i zaczął pakować swoje rzeczy.
– Gdzie się wybierasz? – spytała Kasia, choć już wiedziała.
– Wynoszę się. Mam dość. Dość kłótni, tej ciasnej klitki, twojego widoku. – Jacek nerwowo kręcił się, nie patrząc jej w oczy.
– A co z nami?
– Chciałaś ślub, dziecko? No to masz. – Jacek zamknął walizkę, rzucił okiem po pokoju, zatrzymując wzrok na szeroko otwartych oczach syna, i wyszedłAle Mateusz nigdy nie zapomniał obietnicy danej matce i przez całe życie starał się być dla niej oparciem, takim, jakiego sam nie miał w dzieciństwie.



