Nauka jazdy

**Dziennik – Lekcje życia**

Weronika zaparkowała samochód pod biurowcem i pośpieszyła do wejścia. Przed nią szły dwie dziewczyny, rozmawiając głośno. Tuż przy drzwiach zatrzymały się, blokując przejście. Bezceremonialnie przepchnęła się między nimi, otworzyła drzwi i wpadła do środka.

— Hej, gdzie się pchasz? — usłyszała za plecami obelgi.

Zwykle odpowiedziałaby tym samym, ale dziś była spóźniona. Zignorowała zaczepki i pobiegła do windy. Ludzie właśnie wsiadali. W ostatniej chwili wślizgnęła się do kabiny, potrącając mężczyznę.

— Przepraszam — mruknęła, odwracając się do drzwi.

Między metalowymi skrzydłami mignęły wściekłe twarze dziewczyn. Windę wypełniła cisza. *Powinnam była im pokazać język* — pomyślała z opóźnieniem.

Była rozgrzana, włosy rozczochrane. Chciała się poprawić, ale w windzie tłok. Gładząc dłonią kosmyki, usłyszała za sobą ciche *hmm*. Odwróciła się. Stał tam ten sam mężczyzna, patrząc na nią z lekko uniesioną głową. Poczula delikatny zapach jego wody toaletowej. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Szybko odwróciła wzrok, unosząc obłok włosów.

Winda zatrzymała się. Weronika wyszła, czując jego wzrok na swoich plecach.

— Podobała ci się? — zapytał Kacper Jakuba, gdy drzwi się zamknęły. — Chciała cię ugryźć, widziałeś?

— Daj spokój. Nie robią na mnie wrażenia długie rzęsy i zgrabne nogi. Znam te typy. Teraz taka harda, ale jak wyjdzie za mąż, pokaże prawdziwe oblicze. „Kochanie, Ola z mężem była na Seszelach, a my znów do Turcji? Mam już dość. Kasia ma trzy futra, a ja tylko jedno!” — Jakub wydął usta, parodiując żonę.

— Po prostu pechowo trafiłeś z Olą — rzucił Kacper.

Wysiedli, skręcając w prawo.

— Tu. — Jakub wskazał szklane drzwi.

Tymczasem Weronika została zrugana przez szefa.

— Gdzie się włóczysz?! Klient wkurzony, transakcja wisi na włosku! — krzyczał, aż ślina tryskała mu z ust.

— Marek Andrzeju, to ostatni raz. Utknęłam w korku…

— Mniej spać, wcześniej wyjeżdżać. Następnym razem — do widzenia. Teraz bierz próbki i lecisz do klienta.

Weronika cofnęła się do drzwi.

— Dziękuję. Już lecę, obiecuję… — Wyszła, oddychając z ulgą.

— Szukał cię Zalewski. Wściekły był — powiedziała koleżanka, gdy weszła do biura.

— Już mnie znalazł. — Chwyciła teczkę i wybiegła.

Zamiast windy, wybrała schody. Na parkingu stanęła jak wryta. Zaparkowała swojego malutkiego *Hyundaia* zbyt blisko *Kii* przed nią. Teraz za nią stał ogromny czarny *Mercedes*, niemal dotykając jej zderzaka. *Jak wyjechać?* Wsiadła, przekręciła kluczyk i zaczęła manewrować. Nerwowo, centymetr po centymetrze.

— Jeszcze jedno spóźnienie i wylatujesz — dźwięczało jej w uszach.

Ostatni ruch — za gwałtowny. *Mercedes* zawył alarmem. Serce zamarło. Zostawiła wgniecenie na błotniku. Rozejrzała się — nikogo. Kamery daleko, numeru nie widzą. Westchnęła, wsiadła i odjechała. *Może nie zauważy?*

Minął tydzień. Myślała, że sprawa ucichła. Aż zadzwonił nieznany numer.

— Weronika Kowalska? Kapitan Nowak. Czy samochód o numerze… należy do pani?

— Tak… — odpowiedziała, ignorując dzwonek alarmowy w głowie.

— Zapraszam na komisariat. Jeśli pani nie przyjdzie, wyślemy wezwanie.

Twarz płonęła. *Zauważył. Cholera.* W biurze kapitan pokazał jej kwotę naprawy.

— Tyle?! To cena mojego auta! — Jej głos załamał się.

— Wie pani, komu należy *Mercedes*?

— Co za różnica? — warknęła. — Co mi grozi?

— Sąd zdecyduje. Ucieczka z miejsca zdarzenia to poważne wykroczenie. Możliwe odebranie prawa jazdy.

— Nie mogę! Mam chorą matkę…

Kapitan położył przed nią kartkę.

— Napisz, jak było. I o matce. Lepiej się przyznać.

Sąd obniżył odszkodowanie, ale skazał ją na 48 godzin aresztu. *Co powie mama?*

W korytarzu zobaczyła mężczyznę. Jego twarz wydała jej się znajoma. Gdy podszedł do sali, zrozumiała — to właściciel *Mercedesa*. Zerwała się.

— Zadowolony? Duma zabiła rozsądek? Moja matka ma chore serce! — krzyczała, drżąc.

Mężczyzna wszedł do sali. Po długiej chwili wyszedł.

— Wszystko załatwione. Nie trafi pani do aresztu.

— Jak? — Weronika wstała.

— Wycofałem skargę.

Nie podziękowała. Od tamtej pory parkowała ostrożnie. Pewnego dnia spotkała go przy windzie.

— Dzień dobry. Jak zdrowie matki? — zapytał.

— Dobre. Ja…

— Weronika? Pracuje pani tutaj? — przerwał.

— Czego jeszcze pan chce?

— Przepraszam. Miałem wtedy zły dzień. Żona… była żona… wywiozła syna za granicę. Wylałem złość na panią.

Winda przyjechała. Zaprosił ją gestem. Weszła.

— Pracuje pani w agencji reklamowej? — spytał. — Ja też tu mam interes.

— Wiem, kim pan jest. Ma pan ugruntowaną firmę. I współpracuje z konkurencją. — Zauważyła jego zakłopotanie.

— Przyłapała mnie pani. — Uśmiechnął się niepewnie. — W takim razie… może obiad?

*Najpierw areszt, teraz restauracja?*

Ale patrzył tak, jakby jej odpowiedź była wszystkim.

— Dobrze — powiedziała i uśmiechnęła się.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − 4 =

Nauka jazdy