**Korek**
Samochody stanęły w martwym miejscu, ściśnięte w zwartych rzędach. Ani w tę, ani w drugą stronę nie było żadnego ruchu od ponad pół godziny. Wszystkie szyby były zamknięte, bo klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach. Na zewnątrz panował nieznośny upał – ponad trzydzieści stopni, jak zapowiadano w radiowej pogodzie.
Powietrze, wznoszące się nad rozgrzanym słońcem asfaltem, falowało i drżało. W środku **Toyoty** było chłodno, ale siedzenie w bezruchu i wpatrywanie się w nieruchomy, jak zatrzymana klatka filmu, krajobraz zaczynało być męczące.
**Weronika** odkręciła nakrętkę butelki i wypiła kilka łyków. **Marek** zauważył, że wody zostało mniej niż jedna trzecia. Wciąż odgarniała łyki, nie pytając go nawet, czy też chce. Nie, odmówiłby na pewno – ostatni łyk oddałby jej bez wahania. Ale ona piła, jakby nie pamiętała o jego istnieniu.
— I jak długo to jeszcze potrwa? — rzuciła rozdrażniona Weronika.
To były jej pierwsze słowa od wyjazdu z działki. Jej milczenie było gorsze niż krzyk. Lepiej, gdyby krzyczała. Nie kłócili się, ale gdy tylko coś poszło nie tak, Weronika milkła na długie godziny, a nawet dni, swoim zachowaniem jasno dając do zrozumienia, że to Marek zawinił. On przyznawał się do winy, przepraszał, słuchał monotonnych wyrzutów — i w końcu się godzili.
— Co tak siedzisz? Zrób coś — znowu naskoczyła na niego Weronika, jakby to on był winien korkowi na **Łukasiewicza**.
Teraz on milczał. Nie wiedział, co powiedzieć, ani jak działać.
— Po co w ogóle pojechaliśmy na tę głupią działkę? Ty jeszcze pół biedy, ale ja? Żeby siedzieć po drugiej stronie płotu, gdy ty gruchasz z córką? Lepiej byłabym poszła na zakupy. Albo z **Zosią** do kawiarni, zjadła lody — Weronika wciągnęła nosem powietrze.
— No i proszę, nos mi się zatkał. Jeszcze tylko choroba od tej klimatyzacji brakuje — znowu żaliła się.
Marek wyłączył klimatyzacje.
— Żartujesz sobie? W minutę zrobi się tu jak w piekarniku. Chcesz, żebyśmy się tu ugotowali? — oburzyła się Weronika.
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek mówiła aż tyle. To go zaniepokoiło. Nie odezwał się, tylko włączył klimatyzację z powrotem.
Przed nimi między samochodami szedł mężczyzna. Nie doszedł do ich **Toyoty** — wsiadł do auta obok.
— Widziałeś? Szedł stamtąd. Może wie, co się stało? — Weronika nie patrzyła na niego.
— Może.
— No to czego siedzisz? Idź, dowiedz się — rzuciła, nadal wpatrzona przed siebie.
— Co mam się dowiedzieć? Korki ciągną się pewnie na kilometry. Myślisz, że on zdążył tam i z powrotem? Wątpię. — Spojrzał na nią i znowu poczuł się winny.
— Nie no, nie będziemy tu stać w nieskończoność. W końcu ruszymy. Wszyscy cierpliwie czekają. To jednak Łukasiewicza, a nie jakaś podrzędna ulica. Pewnie pół **Łodzi** tu stoi. — Zamilkł. Weronika też milczała, wpatrzona w dal.
— Dobrze. — Marek wysiadł z samochodu.
Obejrzał się. Rzędy aut ciągnęły się w nieskończoność — tak samo z tyłu, jak i z przodu. Ten mężczyzna chyba wsiadł do czerwonego auta. Zapukał w szybę, która opadła o pół.
— Przepraszam, pan szedł tam do przodu? Nie wie pan, dlaczego stoimy? — zwrócił się do kierowcy.
— Wygląda na to, że cała obwodnica stoi. Nikt nie wie. Może wypadek, może zamach.
Nic nowego. Sam tak myślał. Upal było nie do wytrzymania, jak w saunie. Gdy stał pochylony przy oknie, koszula na plecach zmokła i przykleiła się do skóry. Wrócił do **Toyoty**. W radiu leciały wiadomości. Ani słowa o przyczynach korka ani o samym korku na **Łukasiewicza**.
— No i co, dowiedziałeś się czegoś? — Weronika niecierpliwie uniosła brwi.
— Nie, wszystko stoi daleko przed nami, może cała obwodnica. Ktoś mówił o zamachu.
— Wiedziałam. Po co ja cię w ogóle posłuchałam? — jęknęła.
Marek się z nią zgodził. Nie powinien był jej namawiać. Nie utknąłby w korku, zostałby z córką na działce, jak chciała. Wróciłby do domu późnym wieczorem, gdy zrobiłoby się chłodniej. I korek by dawno się rozwiązał.
A wszystko zaczęło się tak dobrze…
***
Marek obudził się od dzwonka telefonu. Nie spojrzał na wyświetlacz, zaspany, od razu odebrał.
— Tato, przyjedziesz? — spytał głos **Oli**.
— Cześć. Zapomniałeś, że twoja córka dziś ma urodziny? — To mówiła już żona. Była. — Założę się, że nawet prezentu jeszcze nie kupiłeś. — W jej głosie było tyle pretensji.
— Nie, pamiętałem, już wyjeżdżam — wyrzucił z siebie Marek i otworzył oczy.
Słońce stało już wysoko. Odjął telefon od ucha i spojrzał na godzinę — wpół do dziesiątej.
O urodzinach córki pamiętał jeszcze wieczorem. Ale wczoraj poszli z Weroniką i znajomymi do klubu, dobrze się bawili, i… wszystko wyleciało mu z głowy.
— Tato, nie potrzebuję prezentu, tylko przyjedź, stęskniłam się! — krzyknęła z tła córka i telefon ucichł. Żona się rozłączyła.
Pobrali się prawie trzy lata temu. Dziesięć lat żyli jak pies z kotem, dręcząc się nawzajem. Nie był zakochany. Jako student obudził się pewnego ranka w łóżku ledwo znajomej dziewczyny, nawet nie pamiętał jej imienia.
Miesiąc później znalazła go w szkole i powiedziała, że jest w ciąży. **”No, nie jest najgorsza”**, pomyślał i oświadczył, że się z nią ożeni. Matka z ojcem byli w szoku, odradzali. Mama wątpiła, czy to jego dziecko, sugerowała test przed ślubem.
Zrobił go, ale dopiero po narodzinach Oli. **Ola** była bez wątpliwości jego. Zakochał się w niej od razu, gdy tylko wziął ją na ręce w szpitalu. Nawet nie myślał, że to możliwe. Dlatego znosił kłótnie z żoną, jej zazdrość, ciągłe pretensje. Może znosiłby dalej, gdyby nie spotkałI kiedy tak siedział przy stole Iraidy, zrozumiał, że nigdy wcześniej nie czuł się tak spokojnie, jakby w końcu znalazł miejsce, do którego zawsze chciał wrócić.



