Zator
Samochody stanęły w martwym punkcie, zwarte w żelaznym uścisku. Ani w przód, ani w tył – przez ostatnie pół godziny żaden ruch. Szyby pozamykane, klimatyzacje włączone. Na zewnątrz żar lał się z nieba, trzydzieści stopni, jak zapowiadał hydrometeorologiczny serwis radiowy.
Powietrze nad rozgrzanym asfaltem falowało, drżące jak galareta. W środku Toyoty panował chłód, lecz bezruch i widok martwego kadru za szybą dusił jak klatka.
Kaja odkręciła nakrętkę plastikowej butelki i pociągnęła kilka łyków. Krzysztof zauważył, że wody zostało mniej niż trzecia część. Kaja piła raz za razem, nie oferując mu ani kropli. Odrzuciłby to, oczywiście, ostatni łyk i tak oddałby jej. Lecz ona zachowywała się, jakby był niewidzialny.
— I ile to jeszcze potrwa? — warknęła Kaja, rozdrażniona.
To były jej pierwsze słowa od wyjazdu z działki. Milczenie Kai było gorsze niż krzyk. Lepiej by krzyczała. Nie kłócili się, ale gdy coś poszło nie tak, Kaja milkła na godziny, a nawet dni, całą swoją posturą pokazując, że to Krzysztof zawinił. Przepraszał, wysłuchiwał monotonnej reprymendy, i w końcu się godzili.
— Co tak siedzisz? Zrób coś — rzuciła mu Kaja, jakby to on odpowiadał za korek na obwodnicy.
Teraz on zamilkł. Nie wiedział, co powiedzieć ani zrobić.
— Po co w ogóle jechaliśmy na tę głupią działkę? Ty jeszcze, ale ja? Żeby siedzieć za płotem, gdy ty cmokasz się z córką? Lepiej bym pochodziła po sklepach. Albo poszła z Basią na lody. — Kaja wzgardliwie pociągnęła nosem.
— I proszę, nos mi się zatkał. Jakby mało było tego klimatyzatora — jęknęła ponownie.
Krzysztof wyłączył klimatyzację.
— Żartujesz sobie? W tej pogodzie auto nagrzeje się w minutę. Chcesz, żebyśmy się tu ugotowali? — oburzyła się Kaja.
Nigdy nie pamiętał, by mówiła tak dużo. Zaskoczyło go to i zastanowiło. Milczał, włączając klimatyzację z powrotem. Między rzędami aut szedł mężczyzna. Nie doszedł do Toyoty Krzysztofa, wsiadł do samochodu obok.
— Widziałeś? Szedł stamtąd. Może wie, co tam się stało? — rzuciła Kaja.
— Może — mruknął Krzysztof.
— No to czego siedzisz? Idź, dowiedz się — powiedziała, nie patrząc na niego.
— Co mam się dowiedzieć? Zator może ciągnąć się kilometrami. Myślisz, że on zdążył tam dojść i wrócić w pół godziny? Nie sadzę. — Spojrzał na nią i znów poczuł winę.
— No ale przecież nie będziemy tu stać wiecznie. W końcu ruszymy. Wszyscy stoją i czekają spokojnie. To nie jakaś boczna droga, tylko obwodnica. Większa połowa Warszawy tu stoi. — Urwał. Kaja również milczała, wpatrzona przed siebie.
— Dobrze. — Krzysztof wysiadł z samochodu.
Spojrzał za siebie – te same nieruchome rzędy aut, co przed nimi. Tamten mężczyzna wsiadł chyba do czerwonego auta. Zapukał w boczną szybę, która opadła do połowy.
— Przepraszam, pan szedł tam przed siebie? Wie pan, dlaczego stoimy? — zwrócił się do kierowcy.
— Cała obwodnica stoi. Nikt nie wie. Może wypadek, może zamach.
Nic nowego. Sam to podejrzewał. Na zewnątrz panował żar jak w saunie. Gdy stał pochylony przy oknie, koszula na plecach nasiąkła potem i oblepiła ciało. Wrócił do Toyoty. W radio leciały wiadomości – ani słowa o przyczynie zatoru, ani nawet o samym korku na obwodnicy.
— No i co, dowiedziałeś się? — spytała niecierpliwie Kaja.
— Nie, wszystko stoi daleko przed nami, może cała obwodnica. Ktoś mówił o zamachu.
— Wiedziałam. I po co ja cię w ogóle posłuchałam? — załamała ręce Kaja.
Krzysztof się z nią zgodził. Nie powinien był jej namawiać. Sam by nie utknął w korku, zostałby z córką na działce, jak chciała. Wróciłby wieczorem, gdy zelżał upał. Do tego czasu zator by się rozładował.
A wszystko zaczęło się tak dobrze…
***
Krzysztofa obudził dźwięk telefonu. Nie spojrzał na ekran, od razu odebrał.
— Tato, przyjedziesz? — spytał głos Zosi.
— Witaj. Zapomniałeś, że twoja córka ma dzisiaj urodziny? — To już mówiła żona. Była. — Założę się, że nawet prezentu jeszcze nie kupiłeś. — W jej głosie było oskarżenie.
— Nie, nie zapomniałem, właśnie wyjeżdżam — powiedział szybko Krzysztof i otworzył oczy.
Słońce stało już wysoko. Odjął telefon od ucha — wpół do dziesiątej.
O urodzinach córki pamiętał do wczorajszego wieczoru. Ale wczoraj w klubie z Kają i przyjaciółmi dobrze się zabawili, i wszystko wyleciało mu z głowy.
— Tato, nie chcę prezentu, tylko przyjedź, stęskniłam się! — krzyknęła z tła córka, i telefon zamilkł. Żona się rozłączyła.
Pobrali się prawie trzynaście lat temu. I przez dziesięć lat żyli jak pies z kotem, dręcząc się nawzajem. Nie był zakochany. Po prostu jako student obudził się na imprezie w akademiku w łóżku z ledwo znaną dziewczyną, nawet nie pamiętał jej imienia.
A miesiąc później znalazła go w uczelni i oznajmiła, że jest w ciąży. „No, niczego sobie” — pomyślał i powiedział, że się ożeni. Rodzice byli w szoku, odradzali. Matka wątpiła, czy to jego dziecko, proponowała test przed ślubem.
Zrobił go, ale dopiero po urodzeniu Zosi. Była bez wątpienia jego. Zakochał się w niej od razu, gdy wziął ją na ręce w szpitalu. Nigdy nie sądził, że to możliwe. Dlatego znosił kłótnie z żoną, jej zazdrość, pretensje. Może znosiłby dalej, gdyby nie spotkał Kai.
Wyniosła, chłodna, przyciągająca jak grecka bogini, nie awanturowała się jak była żona. Ona milczała, i tym karała Krzysztofa. To była jej jedyna wada. Chodziła po mieszkaniu w krótkich szortach i topie, drażniąc go. Krzysztof przepraszał, nawet gdy nie czuł winy.
Zazdrościł sam sobieKrzysztof rozejrzał się po kuchni Iraidy, gdzie na ścianie wisiał stary zegnany kalendarz z rokiem, który minął jak sen, i zrozumiał, że czas nie stoi ani w korkach, ani w żalu, lecz płynie dalej, niosąc go w stronę nowego poranka.



