Narzeczony

Po kolacji Kasia położyła się na kanapie i wzięła książkę. Ledwo zdążyła zanurzyć się w przygodach bohaterki powieści, gdy do pokoju weszła mama z dzwoniącym telefonem w ręku. Na ekranie szeroko uśmiechała się Wiola Nowak.

Kasia niechętnie odłożyła książkę i odebrała, rzucając mamie wymowne spojrzenie. Ta w końcu zrozumiała, że przeszkadza, i wyszła. Kasia nie miała wątpliwości, że mama teraz stoi pod drzwiami i podsłuchuje.

Przez pięć minut gadały o byle czym. W końcu Wiola oznajmiła, że zaprasza ją na urodziny – imprezę w sobotę w domku letniskowym nad Zalewem Zegrzyńskim.

– Przecież miałaś je miesiąc temu, czyż nie? – zdziwiła się Kasia.

– Jaka to różnica? Mogę świętować codziennie. To tylko pretekst, żeby się spotkać.

– Po co? Można się spotkać bez powodu… – odparła Kasia.

– Nie, musi być nutka tajemnicy, oczekiwanie. Przyjeżdża kolega mojego Tomka z Holandii. Nie wie, kiedy mam urodziny. Gdyby wiedział, że wszyscy będą na niego napatrywać, mógłby odmówić. A urodziny to poważna sprawa. Gosia, moja koleżanka, pamiętasz ją? Wrzeszczała z radości, gdy się dowiedziała, że przyjeżdża. Podobno jest reżyserem albo coś w tym stylu, nieistotne. W każdym razie kręci się wokół kina, a Gosia marzy, żeby grać w filmach. Przykleiła się do niego jak przysłowiowy rzep, nie daje mu spokoju.

– Aha, już rozumiem. A ja po co ci jestem potrzebna?

– No jak to? Urodziny przecież. – Wiola zaczęła się irytować.

– Do tłumu? – domyśliła się Kasia. – A czemu na działce? Przecież jeszcze śnieg leży.

– Nie bądź taka głuptaska. Żeby nie uciekł – zaśmiała się Wiola, zadowolona z siebie. – No to jedziesz? Rozerwiemy się, kiełbaskami się poczęstujemy. Choinka jeszcze stoi, nie zdążyliśmy jej po świętach zabrać. Śniegu nawiało, pewnie i tak byśmy nie dojechali. No proszę, zrób to dla mnie. – Wiola mówiła tak błagalnie, że Kasia niemal widziała jej wydętą dolną wargę.

– Dobrze już – westchnęła Kasia.

Zgodziła się, bo do soboty były jeszcze cztery dni – wystarczająco dużo, by zdarzyło się coś, co pokrzyżuje plany. Może zachoruje? Albo Wiola?

Odłożyła telefon, a do pokoju natychmiast weszła mama.

– Gdzie cię zapraszała?

– Mamo, przecież słyszałaś – uśmiechnęła się Kasia.

Mama wcale się nie speszyła.

– To pojedź. Zawsze siedzisz w domu. Za chwilę czterdzieści lat, a ty sama. Wnuków się nie doczekam.

– Mamo, kandydaci na mężów nie rosną jak przebiśniegi na działce – żartowała Kasia. – Mam dopiero trzydzieści dwa, jeszcze osiem lat do czterdziestki. A dzieci powinny rodzić się z miłości, a nie dlatego, że chcesz wnuków…

Mama zacisnęła usta, machnęła ręką i wyszła, by po chwili wrócić i stanąć przed Kasią.

– Ciągle tylko czytasz. Żyjesz życiem innych, a twoje własne przemyka ci między palcami. Książki nie pomogą ci wyjść za mąż. Czas ucieka…

– Przecież słyszałaś – jadę. Przywiozę ci stamtąd wnuki – znów zażartowała Kasia.

Mama pokręciła głową z wyrzutem.

– Przepraszam… – Kasia zerwała się z kanapy i przytuliła ją.

W piątek Wiola znów zadzwoniła, przypomniała o wyjeździe, kazała ubrać się odświętnie, by nie zawstydzić się przed zagranicznym gościem. Mówiła, że z mężem będą pod domem o siódmej.

– Dlaczego tak wcześnie? – oburzyła się Kasia.

– Droga, trzeba napalić w domku, wszystko przygotować… Ledwo zdążymy.

O szóstej rano zadzwonił budzik. Kasia nie mogła zrozumieć, po co go nastawiła. Wtedy weszła mama i oznajmiła, że śniadanie gotowe.

Kasia przypomniała sobie o domku, o urodzinach i jęknęła. Żegnaj, spokojny weekend. Powłócząc nogami, poszła do łazienki. Gdy godzinę później wyszła przed blok, czekał już samochód męża Wioli. Kasia wsiadła na tylną kanapę i ponuro przywitała się.

– No nie marszcz się. Możesz się zdrzemnąć w drodze – łaskawie pozwoliła przyjaciółka.

Przez całą drogę Wiola szczebiotała. „Jak on to z nią wytrzymuje?” – pomyślała Kasia i wkrótce rzeczywiście zasnęła.

W osadzie letniskowej było pięknie i pusto. Na działkach bielił się nietknięty śnieg, tylko na drogach widać było ciemne ślady opon. Znaczyło to, że w tej scenerii nie będą sami.

W domku stała duża sztuczna choinka. Na chwilę Kasi wydało się, że cofnęli się w czasie o dwa i pół miesiąca i przyjechali na sylwestra. Tomek od razu zajął się piecem, rozchodził się zapach drewna, żywicy i dzieciństwa.

Nim drewno dobrze się rozpaliło, pod dom podjechały dwa kolejne samochody. Kasia z Wiolą przyglądały się przez okno, jak wysiadają znajomi oraz Gosia. Z drugiego auta wysiadł wysoki nieznajomy w okularach.

– To ten reżyser? Jakoś nie wygląda – podzieliła się wątpliwościami Kasia.

– A ty wielu reżyserów w życiu widziałaś? – odparła Wiola.

GoszKasia westchnęła głęboko, spojrzała na Pawła i w jego oczach odnajdując coś, co sprawiło, że nagle poczuła, że może właśnie oto stoi przed nią cała jej przyszłość, i w końcu odpowiedziała: „Dobrze, jadę z tobą”.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 − 2 =

Narzeczony